sobota, 28 września 2013

Bajeczka o Nietoperku.

Oto bajeczka napisana przez adminkę Adę jakiś czas temu. Może i Wam/Waszym dzieciom się spodoba. Wy również możecie pochwalić się swoimi opowiastkami, chętnie je u nas upublicznimy :)





           

N I E T O P E R E K

 

            Głęboko w lesie była wielka grota. A w tej grocie mieszkały całe rodziny nietoperków. Było ich bardzo wiele, tak wiele, że nikt nie zdołałby ich policzyć. Pewnego dnia, jeden z nich, o imieniu Gacek, postanowił że opuści zatłoczoną grotę i powędruje w świat. Zawsze chciał zobaczyć najdalsze zakątki i poznać najrozmaitsze zwierzęta. Gacek był małym nietoperkiem – nie wiedział właściwie, czy da sobie radę. Miał przecież niewielkie delikatne skrzydełka i bardzo wrażliwy mięciutki brzuszek, pokryty milusim futerkiem. Marzenia o podróżach przegnały jednak wszystkie obawy. Gacek wyruszył w świat.

      Najpierw leciał przez gęsty las, w którym się wychował. Mijał rozłożyste korony drzew,  przez które tak pięknie prześwitywały promienie słonecznego poranka. Spotykał znajome ptaki i leśne zwierzątka. Niektóre pytały, dokąd zmierza i smuciły się słysząc, że leci bardzo daleko.

- Powodzenia! - żegnały go ich okrzyki. Wszystkie bowiem zwierzęta w lesie przyjaźniły się z tym wyjątkowym nietoperkiem. Dlatego smutno im było, że odlatywał.
 
     Leciał przez łąki i pola. Tych miejsc już nie znał, nigdy tak daleko nie odlatywał. Był bardzo szczęśliwy, widząc tyle nowych rzeczy... na polach kołysały się złociste zboża, a łąki obsypane były kolorowymi kwiatami. Kwiaty pachniały i wabiły swoim pięknem. A jednak przeleciał nad nimi i pomknął dalej.

      Niebawem doleciał do gospodarstwa, w którym mieszkali ludzie. Dla Gacka było to naprawdę dziwne miejsce. Przypominało mu trochę leśne mieszkania, bo tylko takie znał i nie mógł sobie z niczym skojarzyć prostokątnej stodoły, ani domku ze skośnym dachem. Gdy podleciał bliżej, napotkał wesołego wróbelka. Miał na imię Bodzio. Wyjaśnił Gackowi, że w tym miejscu mieszkają ludzie i ich zwierzęta. Nietoperek jednak chciał wszystko sam zobaczyć.

- To przyjazne miejsce, pełne ciekawych zwierząt. Musisz jednak uważać, bo nie wszystkie są uprzejme. Gospodarstwa pilnuje ogromny pies, bardzo groźny...

      Gacek jednak nie słyszał już ostrzeżeń Bodzia. Mknął w dół, prosto na podwórko. Szybko pożałował swojej pochopności. Na podwórku natrafił na ogromnego, kudłatego psa. Pies nie był zbyt przyjazny i bardzo głośno szczekał. Gacek przestraszył się i próbując odlecieć jak najszybciej, przekoziołkował w powietrzu. Pies, jak to pies, po prostu pilnował podwórka. Lecz skąd mógł Gacek o tym wiedzieć?

     Przestraszony poleciał do stodoły, gdzie znalazł cień, ciszę i spokój. Zawiesił się, jak na nietoperza przystało, na belce tuż pod dachem. Spoglądał teraz spokojnie na wnętrze stodoły, przyglądając się każdej rzeczy po kolej. Wszystko było dla niego nowe. Siano, traktor i te dziwne narzędzia ludzi. „Kim jesteś?” - zapytał kot siedzący na tej samej belce. Oszołomiony nietoperek omal nie spadł, nie  zauważył nawet kiedy kot się podkradł. Uspokoił się jednak i łagodnie odpowiedział:

-Jestem Gacek, a Ty?

-Ja mam na imię Loki. Rzadko przylatują tu nietoperze. Pewnie przylatujesz z daleka....

-Leciałem przez łąki, przez pola, minąłem las. Przyleciałem z mojej rodzinnej groty. Wiesz, gdzie ona jest? Taka ogromna, ciemna grota w środku lasu. Mieszka tam cała moja rodzina. Nawet wujkowie od strony taty i kuzynki mamy...

-Nie jestem pewien, gdzie jest twój dom. Nie zapuszczam się zwykle tak daleko. Biegam po polach, ale do lasu nie wchodzę. Podobno jest tam strasznie.

-Co może być strasznego w lesie?

-Hmmm....no.... nie żebym ja się czegoś bał.. bo ja się nie boję niczego. Tak tylko na wszelki wypadek tam nie wchodzę. Co taki mały nietoperek jak ty, robi tak daleko od domu?

-Chcę zobaczyć świat. Słyszałem wiele o rozmaitych krainach. Muszę je w końcu sam zobaczyć! Słyszałeś może te opowieści o ludziach? I o tych ich wielkich zwierzętach? Podobno niektóre mają łaciate plamy i muczą. Inne gęgają, a jeszcze inne kwaczą.

-Och, mój mały przyjacielu... Nie musiałem słyszeć o ludziach, bo żyję wśród nich. Głaszczą mnie, kiedy tylko zechcę. Dają mi mleko i różne smakołyki: a to kawałek szyneczki się trafi, a to jakaś rybka. Mniam, mniam... Jeśli chodzi o ich zwierzęta, to mogę ci je pokazać – wszystkie są tutaj. Tylko musisz uważać na psa.

-Tak, wiem, już go zdążyłem poznać... -nietoperek skrzywił się na samo wspomnienie o tym zdarzeniu.

     Loki zwinnie przeskakując po belkach stodoły, zszedł na ziemię. Gacek pofrunął za nim. Opuścili stodołę i udali się w kierunku łąki. Stało tam kilka muczących, łaciatych krów. Dla Gacka była to zupełna nowość, chciał przyjrzeć im się z bliska, ale ostrzeżony przez kotka tym razem nie podleciał do nieznanego zwierzęcia. Potem Loki pokazał nietoperkowi jeszcze konie i gęsi, a nawet kury i kurczęta. Gacek był oczarowany. Bardzo jednak chciał poznać ludzi, o których mu kotek tyle opowiadał. Wyobrażał sobie, że muszą to być wspaniałe istoty, skoro są takie miłe i opiekuńcze wobec kotka.

- Wiesz – mówił kotek - ludzie nie mają kopyt ani łap. Mają za to ręce, które służą do głaskania i szmerania za uchem. Mają też nogi, które służą do chodzenia, gdy mają przynieść mi mleko i wlać do miseczki. Poza tym, posiadają wygodne kolana, na których mogę się położyć, żeby mnie głaskali. Ludzie nie wydają takich dźwięków, jak inne zwierzęta – oni mają miły głos, potrzebny im, gdy mnie wołają na jedzonko.

     Nadchodził już wieczór, kiedy zbliżyli się do domu, w którym mieszkała rodzina ludzi. Zajrzeli najpierw przez okienko. Gacek obaczył pięknie umeblowany pokój z kominkiem, a w nim czworo ludzi: wysokiego mężczyznę w okularach, który czytał gazetę, obok niego siedziała niska kobieta o krótkich blond włosach. Czytała niewielką książeczkę. Oboje siedzieli na kanapie oparci o siebie. Na fotelu obok znajdowała się mała dziewczynka, bawiła się lalką. Zarówno ona, jak i laleczka miały na sobie rozłożyste sukienki w kwiatki. Niedaleko niej, na miękkim dywanie siedział chłopczyk i bawił się swoim drewnianym samochodzikiem.

     W pewnym momencie dziewczynka oderwała wzrok od lalki i spojrzała w stronę Nietoperka...

Przestraszył się trochę, lecz nie odleciał. Ciekawość była silniejsza od strachu. Przyglądali się sobie przez chwilę,po czym dziewczynka odłożyła delikatnie lalkę i powolutku podeszła do okienka. Gacek już chciał odlecieć, ale Liki powstrzymał go mówiąc, że ludzie nie zrobią mu krzywdy. Okno uchyliło się i  usłyszeli milutki głosik:

- Witaj Loki.  Och, a któż to? Kogo mi przyprowadziłeś? Jak Ci na imię? Ja jestem Kasia. -  to powiedziawszy uśmiechnęła się do nietoperza. Ten chciałby coś powiedzieć, lecz ludzki język jest zbyt trudny dla takiego małego stworzonka. Uśmiechnął się więc tylko, a kot w tym czasie zamruczał wesoło i zaczął się przymilać do Kasi. Pomyślał więc Gacek, że tak się właśnie porozumiewać należy z ludźmi. Zaczął zatem naśladować kota i choć mruczeć nie potrafił, to przymilanie wychodziło mu całkiem nieźle.

- Och, jaki jesteś milutki! Jaki masz miękki brzuszek! - Kasia była zachwycona zwierzątkiem, którego nigdy wcześniej nie widziała. Wzięła go więc na ręce i pobiegła do mamy – Mamusiu, mamusiu! Zobacz, mam mysz ze skrzydłami!

- Pokaż – rzekła mama odkładając książkę. Tata i braciszek dziewczynki również byli żywo zainteresowani Gackiem. Mama przyjrzała się mu i oznajmiła:

- To nie jest żadna mysz ze skrzydłami tylko nietoperz, kochanie. Uważaj na niego, nietoperze mają  strasznie delikatne skrzydełka!

- Czy mogę go zatrzymać? Będę się nim opiekować! - Kasia aż drżała z przejęcia. Nie wiedziała, co prawda, jak się takim stworzonkiem zajmować, ale uważała, że nie może być to zbyt trudne, skoro jest takie małe. Na to odezwał się tata:

- Przykro mi, ale nie możesz go zatrzymać. Nietoperza nie można hodować jak chomika albo świnkę morską. One najlepiej mają się na wolności. Byłby nieszczęśliwy, gdybyś go tu zamknęła.

Dziewczynka zasmuciła się, ale braciszek ją pocieszał:

- Wiesz... może on będzie do nas przylatywał jak będziemy dla niego mili... może będzie nas odwiedzać?

- Naprawdę tak myślisz? Byłoby świetnie! - już uśmiechnięta zwróciła się teraz do mamy – Mamo, a może damy mu jeść? Myślisz, że lubi ciastka?

- Nie głuptasie, nietoperze jedzą owady. Sam sobie znajdzie jedzonko. Nie musisz się martwić. Możesz go pogłaskać, tylko pamiętaj, musisz go wypuścić, kiedy będzie chciał odlecieć.

- Dobrze mamo... - Kasia usiadła na fotelu i najdelikatniej jak potrafiła głaskała nietoperka. Bardzo mu się to spodobało. Tymczasem kot wskoczył mamie na kolana i mruczał domagając się, by jego również pogłaskano.

      Gdy zrobiło się już późno, Gacek opuścił delikatne dłonie dziewczynki, pożegnał się z Lokim i wyleciał przez okno w gwieździstą noc. Był bardzo szczęśliwy, a jednocześnie zmęczony wszystkimi wydarzeniami tego dnia. Poszybował więc z powrotem przez pola i łąki, a także przez las, aż do swojego domku. Gdy odpoczął już trochę, opowiedział braciom nietoperzom o swoich przygodach. Słuchali go ogromnie zaciekawieni i zadawali mnóstwo pytań. Zgodnie stwierdzili, że ta wyprawa była niezwykle odważnym czynem. Gacek jednak nie myślał o niej w ten sposób. Wyprawa ta była dla niego wyjątkowa, dlatego, że wiele się nauczył, ale też dlatego, że poznał nowych przyjaciół ...i dziewczynkę, która była dla niego taka miła. Myślał o niej często i po kilku dniach postanowił znów ją odwiedzić. Nie bał się już, bo znał drogę. Spotkał znajomego wróbelka, a potem także Lokiego i wreszcie spotkał na podwórku Kasię. Oboje bardzo się cieszyli z ponownego spotkania. Kasia znów mogła go przytulić oraz pogłaskać. Spędzili razem wiele czasu, poznając się przy tym nawzajem. Gdy jednak chciał odlecieć, dziewczynka nie zatrzymywała go, ufając, że znów powróci. Od tamtej pory nietoperek odwiedzał dziewczynkę często i stali się prawdziwymi przyjaciółmi.

 

K O N I E C

czwartek, 26 września 2013

Efekt... Rammstein'a? O 'alternatywnych' kołysankach słów kilka :)


No właśnie. Każda mama słyszała o „efekcie Mozarta”. Naukowcy spierają się co do prawdziwości tego zjawiska. Ponoć od słuchania muzyki Mozarta podczas ciąży i w okresie niemowlęcym, inteligencja maluchów rozwija się w zabójczym tempie. Małe dzieci już w łonie matki uczą się rozpoznawania określonych dźwięków i są w stanie rozpoznać głos mamy, rytm bicia jej serca, a także głosy osób z najbliższego otoczenia mamusi. Te nasze małe fasolki, noworodki czy bobasy to prawdziwi geniusze tak czy siak. No powiedzcie sami – w ciągu dwóch-trzech pierwszych lat trzeba nauczyć się chodzić, porozumiewać, bawić, rozpoznawać kolory, zwierzątka, jeść samodzielnie i załapać o co kaman z tym nocnikiem. Czyż to nie genialne, że sobie z tym radzą?

Dzieci już od początku istnienia chłoną wiedzę o świecie zewnętrznym. Ogromne znaczenie mają dla nich dźwięki – dlatego maluchy po urodzeniu rozpoznają także muzykę, której słuchała mamusia. I to nie koniecznie chodzi o Mozarta (chociaż ja osobiście ubóstwiam „Requiem”). Chodzi o to, by malec mógł razem z mamą czuć radość ze słuchania ulubionych kawałków. Słuchanie muzyki sprawia nam ogromną przyjemność, relaksuje, budzi miłe wspomnienia. W ten sposób określona melodia zaczyna się maleństwu kojarzyć z czymś miłym – z radosną mamusią. Ale fasolek czasem ma swój własny gust – na moim przykładzie: kocham symfoniczny metal, koi mnie i uspokaja, tak samo działało na mego maluszka. Jednak czasem kopaniem dawał znać, że ma ochotę na Rammstein’a, za którym jakoś wybitnie nie szaleję, ale ta rytmika odpowiadała mojemu brzuszkowi. Również się przy tym uspokajał. Podobnie przy „The art of war” Sabatonu. Po urodzeniu takie rytmiczne utwory jak „Du Hast” czy wspomniane wcześniej „The art of war” sprawiały, że niespokojny maluch wnet zasypiał. Nie bombardowałam jego słuchu, spokojnie. Muzyka zawsze leciała gdzieś w tle, cichutko. Mój malec z biegiem miesięcy upodobał sobie Huntera (ku radości taty), Epicę (ku radości mamy). Zasypiał przy „Nothing Else Matters” – zarówno w wykonaniu Metallici jak i coverze Apocalyptici. Polubił „Jolka Jolka” Budki Suflera. „Memory” z Kotów, oraz „Zombie” The Cranberries. Te utwory zapamiętał jako synonim ciepła, bezpieczeństwa, cieplusiej kołderki i całusów mamy.

Przyszła pora na śpiewane klasyki dla dzieci. I choć mama śpiewać na pewno nie potrafi, trzeba było nucić „Był sobie król”, „Na Wojtusia”, „Laleczka z saskiej porcelany”, czy „Ta Dorotka”. Dzieciątku na szczęście nie robi różnicy jak śpiewamy, chodzi tu raczej o czułość i bliskość. Dopóki mama śpiewa bez wyczuwalnego stresu  w głosie, dziecko będzie czuło się komfortowo.
Poniżej macie link, w którym fajnie jest opisany wpływ kołysanek na maluszka.


Również takie alternatywne kołysanki mają sens – istnieje bowiem duża szansa, że kiedy w wieku nastoletnim „odkryje” te utwory, które siedzą w podświadomości od zawsze, będzie czuło, że to coś dobrego. Bezpiecznego. Coś, co poprawi mu nastrój, ukoi, skojarzy się z czymś miłym. Będzie dobrym wspomnieniem.   A to dobry krok do tego, by w przyszłości odnalazło się w świecie, który mu pokazujemy. To oczywiście nie jest żadna reguła. Jednak czy to nie przyjemne zaopatrzyć swoje dziecię w taki bagaż sentymentu? :)

A Wy, jakie kołysanki nuciliście/nucicie  swoim dzieciom?

poniedziałek, 23 września 2013

Powiedzonka naszych dzieci :)

Zgodnie z zapowiedzią, prezentujemy dziś
śmieszne powiedzonka Waszych dzieci.
Jeżeli po przeczytaniu coś jeszcze wpadło Wam do głowy,
piszcie śmiało w komentarzach.


Adminki :)




Imię: Dominik
wiek: wtedy około dwóch latek
Tekst: Dziecko mojej siostry bało się nieco mojego narzeczonego, często uciekał z mojego pokoju gdy ten był w środku, nie chciał do niego podchodzić (Narzeczony ma długie włosy, wygolone boki i ubiera się na czarno). Pewnego dnia chciał coś przekazać mojej siostrze i mamie (nie mówił wtedy za dobrze) i powiedział ,,Cioci BUUUU!"

Nie wiem czy się nadaje, ale było śmieszne, że uważa go za takiego potworka, na szczęście przekonał się do nas alternatywnych i teraz nawet chce żeby mój Marcin sprowadzał go po schodach

***

Dyskusja przed wyjazdem z 2,5 letnim synkiem
- Miś śpi i nie może jechać!
- Ale Kubusiu, położymy spać misia w torbie.
- Ale on się udusi i pogniewa!
- Miś na pewno chce pojechać do Nastusi.
- Do Nastusi jeżdżą ludzie! Ada! Kubuś! Ale nie Miś! A on nawet nie ma buzi, żeby powiedzieć jak cierpi...

***

Anastazja, lat 7, ostatnio stwierdziła, że nie lubi krwistych dań typu wątróbka, bo jej smakuje tylko ludzka krew :P

***

IDE Z 2,5 LATKĄ PRZEZ MIASTO..I IDZIE NAPRZECIW NAS ZAKONNICA...TEKST MOJEJ CORKI----CARNA ,CARNA IDZIE....TZN...CZARNA CZARNA IDZIE.....


***

Kuba, 4 lata.
-Kuba co to jest przedszkole?
-Strefa smutku.

***

Kuba, niespełna 3 lata:
Mamo, narysuj mi cos mrocznego!

 

***


Anastazja, 7 lat:
- Babciu, ta bluzka/sukienka jest za mało mroczna!

 

***


Nastka, 6 lat
- Nastusiu, trzeba Cię uczesać…
- Nie, nie wolno mnie czesać!
- Dlaczego?
- Bo dzisiaj jestem prawdziwa czarownica!


***


Kuba 4 lata:
"Zamierzam pożreć Wasze dusze..."


***

Nastka 6 lat:
- Nastusiu, dlaczego na tym obrazku jest tyle pająków?
- Bo to jest bardzo mroczny rysunek…

***

Rozmowa z Kubą (wówczas 3 lata)
Kubuś: Co dziś w telewizji?
Mama: Hm... jest "Czerwony Kapturek" na polsacie.
Kubuś: Nie chce, to pseciez dla dzieci.
Tata: Jest jeszcze "Van Helsing" na tvn.
Kubuś: Co to?
Mama: Horror o wampirach.
Kubuś: To ja chce hojjoj! Wampijy! Muehehehehehehe! XD


***

Rozmawiam z synkiem (3 lata)
Ja: - Dobra, niech stracę, zostawię jedną parówkę... "Kotowi"!
Synek: - A kto to jest Kotow?
XD

***

Mój mały podczas zasypiania rzuca głową na lewo i prawo.
-Co robisz?
- Lulam mózg.
Po chwili drapie się w głowę.
- Chyba mózg już śpi, bo mnie główka swędzi.

***

Jakub, lat 3 do mamy:
 „Masz cymbałki i zagraj mi Sensorium!”
(chodzi ofc o utwór EPICI)

***

Mój syn, Grzesiek, około 14 lat wtedy, od kilku dni chodził jakiś taki zły, milczący i struty. Pytany wielokrotnie, w czym rzecz najpierw milczał potem w końcu wybuchnął :
" Bo Ty to jesteś beznadziejna !!! Wszyscy moi koledzy w szkole wciąż narzekają na swoje matki - że ich nie rozumieją, wszystkiego zakazują, krzyczą, nie chcą z nimi gadać i nie wysłuchają.. a ja to nawet nie mam się przeciw czemu buntować, jak o tym mówią to nic nie mogę opowiedzieć... żebyś mi chociaż zakazywała słuchać muzyki czy coś - a Ty sama puszczasz na fulla, wymieniamy się płytami i jeszcze mi koszulki z zespołami kupujesz"

Dodam nieskromnie, że moje dziecko z pierwszego swojego Woodstocku przywiozło mamusi prezent - tiszert z logo mojej ukochanej Lacrimosy...



:)

środa, 18 września 2013

Pora umierać, albo udowadniam, że nie jestem Buką. :P - notka autorstwa Drzoanny

Notkę dodajemy za pozwoleniem Joanny 'Drzoanny' Kolago. Zapraszamy do wyrażania swoich opinii.

"Opisałam tu smutny, aczkolwiek mam nadzieję, że rzadki przypadek, w ramach udziału w dyskusji na temat, jak nas oceniają dzieci, jakie wnioski wyciągają patrząc na nasz ubiór i gadżety - i dlaczego."

Taka sytuacja.
 Na zajęcia przyszła dziś matka z 6klasistą, przyprowadziła, bo to pierwszy raz. Witamy się grzecznie, w progu żartuję, że tak letnio, koszulka, krótkie spodenki - a już jesienny chłodek, przecież wrzesień, nauka - no w ogóle.
Zapraszam miło do pokoju, siadają , a ja omawiam z matką warunki, ona pokazuje mi książki syna, jakieś zadania, że procenty - trudna sprawa... ale chłopiec zaczyna zachowywać się dziwnie, siedzi jak słup, nic nie mówi, matka sama grzebie w jego książkach .... myślę naiwnie, nieśmiały, to nawet lepiej, bo nienawidzę chamskiej gimbazy... ale on zaczyna poszeptywać coś matce na ucho...  mówię, że spokojnie może na głos, żeby się nie wstydził, że jak ma jakieś pytania to oczywiście, jak najbardziej .
I - kurde - chłopak, wciąż tylko mamie na ucho, że nie chce do mnie przychodzić .
Że się boi.
Boi się tej pani na czarno .
I boi się tych plakatów, i tej muzyki.
A byliśmy w pokoju gościnnym, tym z Lacrimosą - w drugim, gdzie normalnie pracuję i przyjmuję uczniów, wiszą metalowe i gotyckie plakaty, a więc Manson, R+ z Tillem uśmiechającym się upiornie, Apoptysie, Sirenia, Tiamat, straszą te o CGN i EP,  straszą potwory z Deathcamp Project i Theriona, upiory z Bratrstva Luny, Kurt Cobain z petem, Siostrzyczki na czerwonym tle - i jeden, na osłodę, słabo straszący Marillion.
A - i reprodukcja Beksińskiego, ale bez szkieletów. I dla równowagi - Royo, wyjątkowo niemroczny.
No a chłopak siedzi w salonie, naprzeciw pianina, na pianinie ołtarzyk lacrimosowy, figurka arlekina, na ścianach postery, reprodukcje okładek albumów, portrety Tilo, przepiękne logo Lacrimosy z kurtyną teatralną, własnoręcznie wykonane przez Monikę.
Żadnych trumien, pentagramów czy odwróconych krzyży ( w przedpokoju nad lustrem nawet wisi pamiątkowy, zabytkowy krucyfiks, jakby kto pytał).
Dla rozładowania atmosfery opowiadam o smoczym komputerze i kolekcji maskotek - chłopak nawet nie chce ich obejrzeć - płacze, wczepiony z całej siły w matkę.
Szlocha.
Jestem w kompletnym szoku, bo pierwszy raz mi się coś takiego przydarzyło - przychodziły dzieciaki młodsze nawet, ale nigdy żaden tak nie zareagował.
W głowie pustka, kołacze się jedynie pytanie, skąd taki dziwny strach, a może to raczej wina wrażliwości i jakiejś przedelikatnej konstrukcji psychicznej....  siedzę przerażona, że może zrobiłam coś nie tak. Matka próbuje ratować sytuację, tłumaczy dzieciakowi, że ludzie słuchają różnej muzyki, pytam więc chłopca - jakiej on słucha.
On rzuca mi w twarz, aczkolwiek przez łzy  :  " ja słucham NORMALNEJ !!!
 Buty mi spadają, ale spokojnie pytam - znaczy takiej, jaka leci w radio, tak?
I słyszę " Hip hopu"...
Niezrażona odpowiadam, że też słucham hip hopu, rapu, itp, że Peja, Kaliber44, takie tam. Że ulega stereotypom zapewne, że słuchanie określonego gatunku muzyki nie świadczy o tym - jakim jesteś człowiekiem, że możesz słuchać metalu i  być dobrym i wrażliwym, a disco polo  -  mądrym oraz wykształconym ( no tu trochę przesadziłam dla potrzeby argumentacji ).
Ale to nie pomaga, chłopczyk z twarzą w biuście mamy tylko szlocha i kręci głową.
Więc ja - pełna profeska.
Próbuję dać mu trochę czasu. Zapraszam jego mamę do drugiego pokoju, pokazuję, że nie ma narzędzi tortur, ale komputer ma taką niesamowitą obudowę, pokazuję miśki i tygrysy wokoło, opowiadam o recenzjach płyt i pokazuję kolekcję cidików, pani rozpoznaje plakat z Marillionem, gadamy o koncercie kilka lat temu na Wiankach.
Wracamy. Dzieciak już nie szlocha, ale nadal sztywny, pytam, czy nie zmienił zdania, kręci tylko głową.
Stwierdzam więc, że akceptacja nauczyciela przez ucznia jest jednak priorytetem, chłopiec duka w stronę mamy, że tak, Ty teraz będziesz na mnie krzyczeć, ja proszę, żeby tego nie robiła, że zapewne odżyły w dziecku jakieś złe skojarzenia ( choć wciąż kołacze się pytanie, dlaczego "swoją" muzykę nazwał normalną, a mojej, choć o Lacrimosie nie słyszał w życiu - tej normalności odmówił....  dwunastolatek sam sobie wymyślił taki podział? Osądził na podstawie czego - "skunksa" na głowie Tilo? Ktoś musiał mu to podpowiedzieć, wskazać schematy myślenia, kto?  )
Matka nieustannie przeprasza, ja spokojnie - że naprawdę nic się nie stało, że zdarzyło mi się to pierwszy raz w długiej karierze nauczyciela, ale staram się zrozumieć i absolutnie nie naciskam na swoją kandydaturę. Jeśli chłopiec zmieni zdanie - z radością go przyjmę, ale z dzisiejszych zajęć to już chyba nic nie będzie.
Matka wciąż przepraszając pakuje rzeczy chłopca, mnie jest niesamowicie źle i przykro, ale nadrabiam miną, bo ten biedny dzieciak jest ważniejszy.
Ktoś mu chyba nakładł do głowy jakichś kretyńskich schematów, może naoglądał się horrorów - no nie wiem.
Na pożegnanie bez trudu i żadnych nacisków podaje mi rękę, co odnotowuję jako sukces pedagogiczny.
Wychodzą - a ja wciąż stoję w przedpokoju osłupiała.
Mogłam zapytać chłopca - czemu się boi, skąd wnosi, jaki to rodzaj muzyki ( po arlekinie?) i skąd w ogóle pomysł, że muzyka może być "zła" czy "straszna"  - ale za mocno mnie zatkało.
Bo pierwszy raz miałam do czynienia z tak jawną dyskryminacją swojej muzyki i subkultury w wykonaniu 12latka.
Rany.
No i tak tworzy się legenda - po dzielni pójdzie fama, że tu jakaś czarownica wabi dzieci... a mogłam się ubrać na różowo, kurde.

PS: Tak mi przyszło do głowy, pewnie bez związku - ktoś wie, o czym było dzisiejsze niedzielne kazanie?

PS 2. Ta notka jest pozbawiona emotikonów, tak eksperymentalnie :) mam nadzieję, iż mimo to uda się Wam  doczytać moje intencje, gdzie żartuję, a gdzie na poważnie - podobno kiedyś emotki nie były potrzebne, a ja teraz sama bez nich żyć nie mogę, jejku  :D
 
 

poniedziałek, 16 września 2013

Mówili na nich "Rodzina Addamsów"... - czyli jak to jest być dzieckiem mamy w glanach :)



Jak to jest być dzieckiem mamy w glanach?


Jak mama kocha, to cudownie jest być jej dzieckiem!

Moja mama zawsze ubierała się oryginalnie, ale z jakim wyczuciem! Od najmłodszych lat podziwiałam jej gust. I nadal podziwiam. Potrafi być kobieca i elegancka, grając na nosie aktualnej modzie. Jednocześnie umie dostosować ubiór do swojego wieku, a także do sytuacji w danym momencie. Mnie zaś, jako swą pierwszą córkę, z radością przystrajała w rozmaite sukienki, które sama mi szyła. Teraz mając 22 lata kocham suknie i sukienki, najbardziej oczywiście czarne, balowe, ale takie codzienne, acz stylowe również.

Jak to się wiąże z wychowaniem?

Otóż należy najpierw zauważyć, że alternatywny sposób ubierania się jest efektem wtórnym pewnego indywidualizmu przejawiającego się w myśleniu. Innymi słowy, to nie ubiór ma wpływ na myślenie danego człowieka, tylko jego myślenie wpływa na jego ubiór. Moja mama zawsze miała i ma własne zdanie, jest wysoce odporna na wszelkiego rodzaju manipulacje. Przy czym zawsze potrafi uzasadnić swoją opinię, dyskutować na jej temat, jednocześnie nie narzucając jej swojemu rozmówcy. Zawsze wiedziałam, że mogę z nią o wszystkim porozmawiać, a ona uszanuje moje zdanie. Jeśli zaś widziała, że taka czy inna rzecz może mi w jakiś sposób zaszkodzić, starała się to jak najlepiej wytłumaczyć i uwierzcie mi – działało to o wiele lepiej niż zakazy.

Mama nie miała tak łatwo – za komuny za wyróżnianie się groziły znacznie gorsze konsekwencje niż tylko wytykanie palcem. Ponadto w sklepach nie było wielkiego wyboru, jeśli w ogóle jakiś był. Sama sobie szyła odzież. Dzięki temu stała się całkiem zwinną krawcową nie mając żadnego wykształcenia w tym kierunku. Jak sama twierdzi, wcale ją to też nie pociąga, ale jak chciało się mieć coś ciekawego, to trzeba było sobie uszyć. Babcia próbowała na początku wpływać na jej ubiór, ale mniej więcej w liceum dała za wygraną. Teraz babcia, patrząc na gromadkę alternatywnych wnucząt powie tylko „nie za zimno ci będzie w tej krótkiej spódniczce?” albo „nie ciężko ci w tych wojskowych butach?”

Moja młodsza siostra, gdy weszła w okres buntu, postanowiła się ubierać tylko na różowo. Ale po pewnym czasie odkryła, że na mamie nie robi to wrażenia i że wcale nie robi jej na złość, więc przestała xD Teraz chodzi w różnych kolorach i mama wtrąca się dopiero wtedy, gdy moja siostra wygląda naprawdę jak klaun. Ale i wtedy nie ma czegoś na zasadzie „ubierz się inaczej, bo tak”, tylko jest normalna rozmowa.

Najbardziej zawsze lubiłam, te parę dni/tygodni po wywiadówce, kiedy nauczyciele, z którymi miałam wcześniej jakiś zatarg jawnie się mnie bali xD Mama zawsze robiła z nimi porządek. Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, co się działo na tych wywiadówkach, ale wiem, że zawsze stała po mojej stronie i nie przebierała w środkach, kiedy któryś nauczyciel się mnie czepiał. Zazwyczaj jest bardzo kochaną i czułą istotą, ale spróbuj zagrozić jej dziecku, to rozerwie Cię na strzępy xP

Fantastycznie jest się wymieniać ciuchami z mamą (póki się ma podobny rozmiar), a najlepiej oczywiście podbierać jej z szafy co ciekawsze egzemplarze mi.in. długi martixowski płaszcz, który od lat mi służy, zwinęłam jej z szafy będąc jeszcze w gimnazjum (wtedy dopiero robił furorę!). Pożyczałam go coraz częściej i częściej, aż się stał bardziej mój :P

Moje rodzeństwo jest bardzo różne, jest nas czworo, a każdy ma swój styl i wysoce zindywidualizowany sposób bycia. Każdy ma jakieś pasje, które mama wspiera, jakieś marzenia, a także jakieś smutki, z którymi do niej przychodzimy. Bo choć prawie wszyscy jesteśmy już dorośli, mama nadal jest mamą, zawsze pocieszy, doda otuchy, zagrzeje do walki o lepsze jutro.

Nauczyłam się od niej przede wszystkim tego, że nie warto się zmieniać dla znajomych, ponieważ znajomi przychodzą i odchodzą, rodzina natomiast zawsze będzie Twoją rodziną, choćbyście się sto racy pokłócili;

że „bo wszyscy” jest argumentem o wartości zerowej;

że czarne koty, to nie pech tylko milutkie przytulanki;

że Bóg nie patrzy na to, czy nosisz glany, tylko na to, co nosisz w duszy;

nauczyłam się także głębokiego szacunku dla wolności i wolnej woli, bo „Twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.”

Kocham moją mamę :)

adminka Ada
(Notkę dedykujemy pani Iwonie :)

piątek, 13 września 2013

O [nie]narzucaniu stylu słów kilka.


Czy zdarza Wam się, drodzy rodzice słyszeć, że narzucacie swój światopogląd dziecku?

„Ubierasz go/ją na czarno, a może nie będzie tak lubić?”
„A co zrobisz, jak będzie słuchać techno?”
„Czemu narzucasz dziecku swoje upodobania?”

We mnie osobiście takie słowa uruchamiają tajemniczy obszar zwany ogólnie „WNERWIENIE” (wybaczcie proszę kolokwializm).
Niektórym naprawdę się wydaje, że mamy domy urządzone na styl średniowiecznej sali tortur; ludzkie czaszki/szkielety służą naszym dzieciom za zabawki, a do snu czytamy im książki pana LaVey.
Tak, to jest zabawne, zwłaszcza, jak takie przerażające wizje snują się w głowach – wydawało by się – dorosłych, rozsądnych ludzi.

Otóż nie, kochani „normalni, dorośli, odpowiedzialni, kolorowo ubrani” rodzice!
Zależy nam tak samo jak i Wam na szczęściu i bezpieczeństwu naszych dzieci. Kochamy je ubrane zarówno „po naszemu” jak i „po Waszemu”. Kupienie smoczka  z czachą, czarnych śpiochów czy namalowanie na ramieniu tatuażu pisakami jest zabawą, frajdą zarówno dla nas, jak i naszych dzieci. Wy stroicie małe, różowe księżniczki i maleńkich luzaków, my mroczne królewny i młodych metalowców. Niczego im nie narzucamy i ponad wszystko staramy się szanować ich zdanie. Jeżeli mój synek chce oglądać bajkę o różowych jednorożcach, to mu pozwalam. Jeśli chce skakać słuchając Nirvany na przemian z utworami z radia, to mu pozwalam. Jeżeli growluje „Wlazł kotek na płotek” to znaczy, że chce tak robić, nie dlatego, że go zmuszam. Jeżeli bawi się z przyjaciółką w polowanie na wampiry, to znaczy, że chcą się tak bawić. Dajemy wybór.

Rolą rodzica jest pokazać dziecku świat. Mama pokazuje, jak się robi ciastka, tata jak skręcić gniazdko. My pokazujemy dodatkowo, że warto być sobą. Indywidualizm jest zaletą – umacnia charakter, daje siłę, pokazuje, że mamy swoje zasady. Uczymy tolerancji – nie ważne, czy nakierunkowanej na wygląd, subkulturę, orientację czy religię. Świat jest różnorodny – dlaczego mamy wmawiać dzieciom, że istnieje jeden ład, jeden porządek i jeden styl, skoro tak nie jest? Nie będę ograniczała możliwości percepcji dla mojego dziecka, tylko dlatego, że większość społeczeństwa tak robi; przeciwnie – na ile będę potrafiła, postawię przed nim świat otworem. Nauczę go co dobre, co słuszne, co etyczne, ale wybór będzie należał do niego.

Więc jeśli po „alternatywnym” wychowaniu stwierdzi: „Mama, ale ja lubię techno” – OK, niech lubi. Jego wybór. „Mama, ale ta różowa bluzka jest fajniejsza od tamtej” – niech nosi różową. Skoro sami oczekujemy tolerancji, musimy ją później zwrócić. Wszystko może się wydarzyć. Jednak wszystko to, w co zaopatrzymy nasze dziecko od najmłodszych lat takim, a nie innym sposobem życia  – nie zginie. Już zawsze (nawet, jeśli nie wybierze alternatywnego stylu) będzie tolerancyjne, otwarte, będzie każdą nowość, każdy przejaw indywidualizmu uważało za coś wartego szacunku. I tak samo wychowa swoje dzieci. Miłość rodziców, ich opieka, wsparcie – oto, co dziecko przede wszystkim wynosi z domu. My – ubrani w glany, z dziesiątkami kolczyków, z tatuażami, z dredami na głowie, w gorsetach, skórzanych płaszczach  – kochamy nasze dzieci całym sercem i, tak jak cała reszta nie-alternatywnych rodziców, chcemy przede wszystkim ich szczęścia.

środa, 11 września 2013

Macierzyństwo w XIX wieku :)


XIX wiek kojarzony jest głównie z wynalazkami, a z kobiecego punktu widzenia z walką o prawa wyborcze i pięknymi sukniami na krynolinach. A jak wyglądało życie mam?

Zaczniemy od początku... czyli od niewiasty przy nadziei.

Otóż, z kobietami w ciąży z wyższych sfer obchodzono się jak z jajkiem. Podobnie działo się w miastach. Mieszczki próbowały dorównać stylowi życia arystokracji jak tylko im fundusze pozwalały, a więc wszelkie zwyczaje były skrzętnie kopiowane. Natomiast kobiety pracujące, zarówno w mieście, jak i na wsi musiały podołać ciężkiej pracy aż do czasu rozwiązania.

Stan błogosławiony często powodował wycofanie się z życia towarzyskiego. Pośrednim powodem był strój - pamiętajmy, że ówczesne wystrojenie, choć efektowne, się nie należało do wygodnych, ani komfortowych form ubioru. Poza tym, poród oraz przebieg ciąży, jej aspekty fizyczne, jak wiele innych rzeczy były wtedy tematem tabu. W żurnalach modowych dopiero pod koniec XIX stulecia pojawiają się propozycje modnych ubrań dla ciężarnych. Określano je jako „strój poranny”, „negliż” lub suknia „dla młodej mężatki”. Otwarte poruszanie tematu było wysoce niestosowne.

Przy porodzie asystowała akuszerka, a czasem także matka lub teściowa. Do rodzącej kobiety nie mógł zaglądać żaden mężczyzna, tylko lekarz (jeśli rodzina zdecydowała się go zatrudnić). Rodziny z wyższych sfer zatrudniały też od razu mamkę, która zajmowała się niemowlęciem. Śmiertelność niemowląt oraz kobiet podczas porodu była wysoka ze względu na niski poziom higieny i ogólnej wiedzy medycznej. Trzeba jednak przyznać, że pracowano nad tym i sytuacja na przestrzeni XIX stulecia polepszała się. Najbardziej narażeni na tego typu tragedie byli najubożsi, gdyż nie było ich stać na fachową opiekę, a warunki, w jakich odbywały się porody były bardzo dalekie od sterylnych.

Małe dzieci ubierano w luźne sukienki, niezależnie od płci. Z okazji uroczystości rodzinnych, czy kościelnych, lub gdy dziecko pokazywano krewnym, ubierano je w biel. Jednak już dla kilkuletnich dzieci szyto ubrania przypominające ubiór dorosłych. Znane są nawet małe gorseciki (oczywiście nie usztywniane!) dla kilkuletnich dam.

Możne rodziny zatrudniały dla swych pociech nauczycieli i wychowawców (prócz czytania i pisania uczyły się głównie języków i podstaw rachunkowości). Stateczni posyłali do szkół, a robotnicy i chłopi od najmłodszych lat przyuczali dzieci do pracy. Niestety niegdyś nie było bezprawiem posyłanie ośmiolatka do fabryki na 10 godzinną zmianę.

Kobiety, gdy doszły do siebie po porodzie, wracały do życia towarzyskiego i prowadzenia domu. Do jej obowiązków należało nadzorowanie służby oraz kuchni, przyjmowanie gości i ogólna dbałość o życie rodzinne. Kobiety postrzegane były jako specjalistki od domowego ogniska, niejako stworzone w tym celu i niezastąpione. Nie przeszkadzało to w tym, by jednocześnie postrzegać je jako istoty niezmiernie delikatne – zarówno fizycznie, jak i duchowo. Wspomnieć tu można głosy niektórych lekarzy, którzy uważali, iż kobieta potrzebuje gorsetu, ponieważ jej ciało jest zbyt wątłe (choć byli także lekarze wojujący przeciw gorsetom).  Kwestia gorsetów jest bardzo rozbudowana i myślę, że poświęcę temu odrębny wpis. Wiele rzeczy uważano za zbyt brutalne dla kobiet (a szczególnie matek) np. politykę, wojny, czy kwestie gospodarcze. Oczywiście historia zna wyjątki od tej „reguły”. Znane są przebojowe kobiety, które działały w tych wszystkich sferach. Poza tym, postrzeganie kobiet się zmieniało. Z pomocą przyszła rozwijająca się medycyna i szeroki udział kobiet w tworzeniu nowych wynalazków.

A mamy? Mamy były utożsamiane z pełnią miłości. Zostanie matką było niemalże awansem dla młodej małżonki. Trudny żywot miały zaś matki nieślubnych dzieci (ale to także bardzo złożona kwestia.).. Dzieci były błogosławieństwem dla domu, dumą ojca i matki. Nawet w rodzinach możnowładczych, gdzie wychowaniem zajmowali się zatrudnieni w tym celu nauczyciele, matka miała duży wpływ na dzieci. Dzieci rosły – chłopców posyłano na studia (uczelnie otworzyły się na kobiety dopiero pod koniec XIX w.), a dziewczęta przygotowywano do zamążpójścia. Zajmowała się tym matka. To ona kompletowała córce posag, uczyła zarządzania domem, współdecydowała o wyborze kandydata, organizowała wesele... Wiele zależało oczywiście od charakteru rodziców oraz zamożności każdego z nich. Kobieta wywodząca się z rodziny bogatszej od rodziny męża, miała więcej do powiedzenia w kwestiach finansowych (szczególnie jeśli rodzina wspierała jej decyzje).
 
 
autorka: adminka Ada
(kopiowanie całości tekstu, jak i jego fragmentów surowo zabronione)


Kilka rycin:





 

 

 

sobota, 7 września 2013

Klimatyczne bajki i bajuchy cz. I - "Między nami Potworkami"


Witajcie!

Często śmiejemy się z drugą adminką, że łączy nas absolutnie wszystko, tylko nie geny. Jedną z naszych wspólnych pasji są książki… Im bardziej stare, pożółkłe, podarte, zniszczone i wymemłane, tym lepsze. Cóż za nowość. Książki. Wiele osób lubi je czytać. Postanowiłyśmy jednak od czasu do czasu o jakiejś napisać.

Tymi słowami wstępu rozpoczynamy cykl notek o klimatycznych, baaardzo alternatywnych książkach dla dzieci. Nie, recenzje to za duże słowo – nie jesteśmy profesjonalistkami w ich tworzeniu, będą to raczej opinie.  Postaramy się wynajdywać różne cudeńka, które mogą spodobać się Waszym dzieciakom.

Na pierwszy ogień pójdzie książka „Między nami potworkami – strasznie wesoło” Aleksandry Perkowskiej.





Opis wydawcy:

 
"Znacie mity o potworach? O przedziwnych, strasznych stworach, które na odludziu żyją, jęczą, charczą, skomlą, wyją, zawodzą oraz pomstują i...odorkiem zalatują? Jeśli nie - to my dla draki przedstawimy te pokraki!”
Nic dodać, nic ująć. Pozycja zawiera zabawne, krótkie opisy różnych potworów zamieszkujących ciemne lasy, jaskinie, mroczne głębie oceanu. Maluchy nauczą się trochę o nieprzystojnych zachowaniach Trolli, poznają kim jest Cyklop, Kraken czy Goblin. Dowiedzą się, jak należy zachować się przy natrafieniu na smoka, bądź sforę wilkołaków.

Tekst to krótkie, rytmiczne wierszyki z prostymi rymami, bardzo melodyjne i wpadające malcowi w ucho. Lekko, śmiesznie i odrobinę strasznie. W sam raz by zaspokoić ciekawość maluchów, które uwielbiają (jak ich rodzice, hehe) mroczne zakamarki i historyjki z dreszczykiem. Na dobrą sprawę, z tej książeczki dzieci nauczą się wiele nazw, co jest pierwszym krokiem do rozbudzenia w nich wyobraźni, a także miłości do fantastycznych światów już stworzonych (Huraaaa!!! Władca Pierścieni!! – wykrzyczane przez 4-ro latka).

Książeczka przykuwa uwagę ilustracjami. Są estetyczne, w ciepłej, miłej dla oka tonacji. Sztywne strony zawierają to, co dzieciaki lubią najbardziej – OKIENKA! Odkrywając jedno po drugim natrafić można na wiele śmiesznych niespodzianek.

Podsumowując – fajna, tania (ok. 10 zł na Allegro) pozycja, która spodoba się zarówno chłopcom, jak i dziewczynkom. O rodzicach nie wspomnę ;) Polecam.

środa, 4 września 2013

"Spowiedź adminki K" - czyli jak to ze mną było.


Witajcie!

Kilka osób już pytało na PW jak to ze mną było. Spięłam się i skończyłam tę notkę.
Chcę, żeby było jasne. Nie mam zamiaru pisać tu wyłącznie o sobie, nie robię czegoś w rodzaju „promocji” swojej osoby. Mam szczerą nadzieję, że ten wpis zachęci Was do przysyłania Waszych historii.

Zaczęłam ubierać się na gotycko mając mniej więcej 17 lat. Mama to zaakceptowała, zawsze dawała mi wybór. Do teraz z resztą szyje mi kreacje : )  Tata czasem coś tam pobuczał, ale generalnie nie miałam w domu żadnych problemów z możliwością wyrażania siebie. W szkole uważano indywidualność jako zaletę – było arcy-tolerancyjnie. Zaszłam w ciążę w klasie maturalnej. Miałam na tyle cudowne liceum (klasę, znajomych, profesorów), że mogłam swobodnie chodzić na zajęcia. Szeptano na korytarzu, a owszem, jednak nie musiałam się tym w ogóle przejmować. Czasem tylko jakaś miła pani zapytała, czy nie wolałabym bardziej na „wesoło” się ubrać, by podkreślić urok stanu, w jakim jestem. Odpowiedziałam, że w czerni jest mi najweselej ; ) Czasami ktoś z rodziny luźno rzucił: „No, teraz to wiesz, musisz się tak kolorowo ubierać, bo dziecko Ci się smutne urodzi”. „Nic nie muszę” – tak brzmiała odpowiedź.

Synek się urodził, odchował, czasem tylko obcy ludzie zwracali uwagę. Kiedy rozpoczęły się wyprawy na place zabaw, zaczęło się trochę komentarzy wśród dzieci: „Czarownica, Czarownica”!!! Jednak pewna dziewczynka zupełnie nieświadomie nauczyła mnie sobie z tym radzić.
Podczas gdy ja robiłam babki z synkiem, podeszła do mnie nieśmiało:
„- Dzieci mówią, że jesteś wiedźmą. Wcale nie jesteś wiedźmą.
- Masz rację, nie jestem.
- Bo przecież wiedźmy mają takie duuuuże kapelusze, a ty nie masz!”

Zaczęłam tak tłumaczyć ciekawskim maluchom, że nie jestem wiedźmą. One zaczęły tłumaczyć to swoim rodzicom (przynajmniej kilka razy takie coś usłyszałam). Jednak to nie zawsze odnosiło skutek. Często rodzice zabierali swoje dzieci, podczas, gdy maluchy chciały się bawić z nami.
Zdarzało się także, że w spojrzeniach ludzi na ulicy dało się wyczytać jakiś… nie wiem, szok, zaskoczenie, czasem patrzyli, jakbym porwała komuś dziecko, które prowadzę za rękę. Ale były też i miłe komentarze. Bo pewnie muszę mieć dużo odwagi na bycie sobą.

Było w porządku. Zawsze miałam w nosie takie słowa jak: „szatanistka z dzieckiem”, „nie, nie wiem czemu ta pani jest tak ubrana, chodź szybko!”.
Wśród najbliższych ktoś jednak zapragnął „normalności”. To, co dawniej było zaletą – indywidualność – stało się wadą. Przyczyną niechęci. No trudno. Nie każdy musi mnie akceptować i z czasem nauczyłam się, że tak się zdarza.

Najważniejszym jest, by pozostać wiernym sobie. Moje dziecko nie będzie szczęśliwe, kiedy ja nie będę. Poza tym, zna mnie właśnie taką. Prawdziwą. Mamę-gotkę. Pod każdą inną postacią, „normalną” dla społeczeństwa, będę nieprawdziwa dla synka. Czasami jest trudno, ale uważam, że największą wartość dla naszych dzieci stanowi miłość, oddanie. Nie trzeba się zmieniać „dla dobra dziecka”. Czy to aby na pewno wyjdzie mu na dobre? Może koledzy będą mniej dopytywać „o co chodzi z tym gotykiem”, ale w domu będzie miało wypraną z własnego „ja” mamę. Nie wiem, jak to wygląda z perspektywy pedagogicznej czy psychologicznej. Moje dziecko akceptuje mnie taką jaka jestem. Taką mnie zna. Taka właśnie – w glanach i długim czarnym płaszczu jestem „jego mamą”.

poniedziałek, 2 września 2013

Do szkoły marsz! :)

Witajcie!

Pogoda taka, że kocyk i gorąca herbata kusi niesamowicie mocno.
Dzisiaj rozpoczęcie roku szkolnego - dla jednych z nas to dzień, o którym najchętniej raz na zawsze byśmy zapomnieli, inni wspominają z czułością i sentymentem... Ja dziś debiutowałam jako mama przedszkolaka - niesamowite uczucie niepewności, ale i dumy skacze mi po duszy :)

I choć porzuciłam dziś swe długie, powłóczyste suknie, postawiłam na dość elegancki i klasyczny zestaw, to i tak wyróżniałam się na tle pastelowych garsonek innych mam. Zauważyłam też coś ciekawego - to dorośli podszeptywali coś tam pod nosem patrząc na mnie; dzieci - im mniejsze, tym mniej przejmowały się "panią na czarno". Wniosek nasuwa się sam. "Czym skorupka za młodu nasiąknie..." - jeśli od małego będziemy pokazywać, że świat jest różnorodny (a jest), każda "inność" będzie dla naszych dzieciaków czymś zupełnie naturalnym. Z takim zapasem tolerancji, nasze maluchy mają szansę naprawdę wiele w życiu osiągnąć! :)

Przypominam - podsyłajcie nam Wasze zdjęcia, a także oferty wymiany/sprzedaży ubranek dla maluchów/ciężarówek. Tak sobie myślę... Może niedługo wymyślimy dla Was jakiś konkurs ;)

Pozdrawiamy Was ciepło,
Adminka Kasia z synkiem ;)


(oj wiem, wyszłam jak "pożalsięboże" :))

niedziela, 1 września 2013

"Niebywałe! Szatanistka kocha swoje dziecko!"


Witajcie!

Przyznaję szczerze – miałam przygotowane kilka notek do przodu – luźnych, zapoznawczych, takich na delikatny początek. Jednak skoro przybywa Was z dnia na dzień, darujemy sobie podchody i ruszamy z wielką pompą!
No, chyba, że ktoś jest wybitnie ciekawy kim są Adminki i chciałby coś w rodzaju notki zapoznawczej :P

Kochani moi, dzisiaj podzielę się z Wami taką średnio fajną historią, jaka mnie spotkała.
Na początku czerwca tego roku, czekałam wraz z synkiem na przystanku PKS. Ubrana jak to ja – po gotycku. Ludzi było dość sporo, usiąść nie było gdzie, przycupnęłam więc z Młodym na krawężniku. Podtuptał do nas dwuletni chłopczyk. Uśmiechał się, pożyczył od mojego synka miecz-zabawkę (wracaliśmy z pikniku średniowiecznego). Spacerował, kręcił się po chodniku. W końcu jego matka zabrała go, posadziła na siłę obok siebie, wyrwała z rączek miecz i oddała mnie z pogardą. Myślę sobie – no ok, może ma gorszy dzień. Jednak owa pani chyba nie została poinformowana o czymś takim, jak bunt dwulatka, gdyż każdy protest malucha wywoływał u niej atak furii. Chłopczyk był grzeczny – ciekawsko spacerował, przecież to logiczne, że nie usiądzie w milczeniu. Im bardziej zwracano jej uwagę, tym bardziej warczała. Po publicznym półgodzinnym wylewaniu swych frustracji na malucha,  owa pani wsiadła w autobus i odjechała. Puentą historii jest zdanie jednej ze statecznych babć, jakie siedziały na przystanku:
„Patrzcie, to nawet Szatanistka na swoje dziecko tak nie wrzeszczy…”

Opadły mi witki. Szczerze. I choć minęło kilka miesięcy, sama nie wiem, jak skomentować tę wypowiedź. Z jednej strony to dobrze, że pewne wątpliwości owej babci wobec „SZatanistycznych mam” się rozwiały, ale dlaczego tak przykrym kosztem jak płacz tego malca.

Mieliście może jakieś bardziej pozytywne możliwości udowodnić nietolerancyjnemu społeczeństwu, że jesteście wspaniałymi rodzicami, nie i nie jest ważne jak wyglądacie?