środa, 4 września 2013

"Spowiedź adminki K" - czyli jak to ze mną było.


Witajcie!

Kilka osób już pytało na PW jak to ze mną było. Spięłam się i skończyłam tę notkę.
Chcę, żeby było jasne. Nie mam zamiaru pisać tu wyłącznie o sobie, nie robię czegoś w rodzaju „promocji” swojej osoby. Mam szczerą nadzieję, że ten wpis zachęci Was do przysyłania Waszych historii.

Zaczęłam ubierać się na gotycko mając mniej więcej 17 lat. Mama to zaakceptowała, zawsze dawała mi wybór. Do teraz z resztą szyje mi kreacje : )  Tata czasem coś tam pobuczał, ale generalnie nie miałam w domu żadnych problemów z możliwością wyrażania siebie. W szkole uważano indywidualność jako zaletę – było arcy-tolerancyjnie. Zaszłam w ciążę w klasie maturalnej. Miałam na tyle cudowne liceum (klasę, znajomych, profesorów), że mogłam swobodnie chodzić na zajęcia. Szeptano na korytarzu, a owszem, jednak nie musiałam się tym w ogóle przejmować. Czasem tylko jakaś miła pani zapytała, czy nie wolałabym bardziej na „wesoło” się ubrać, by podkreślić urok stanu, w jakim jestem. Odpowiedziałam, że w czerni jest mi najweselej ; ) Czasami ktoś z rodziny luźno rzucił: „No, teraz to wiesz, musisz się tak kolorowo ubierać, bo dziecko Ci się smutne urodzi”. „Nic nie muszę” – tak brzmiała odpowiedź.

Synek się urodził, odchował, czasem tylko obcy ludzie zwracali uwagę. Kiedy rozpoczęły się wyprawy na place zabaw, zaczęło się trochę komentarzy wśród dzieci: „Czarownica, Czarownica”!!! Jednak pewna dziewczynka zupełnie nieświadomie nauczyła mnie sobie z tym radzić.
Podczas gdy ja robiłam babki z synkiem, podeszła do mnie nieśmiało:
„- Dzieci mówią, że jesteś wiedźmą. Wcale nie jesteś wiedźmą.
- Masz rację, nie jestem.
- Bo przecież wiedźmy mają takie duuuuże kapelusze, a ty nie masz!”

Zaczęłam tak tłumaczyć ciekawskim maluchom, że nie jestem wiedźmą. One zaczęły tłumaczyć to swoim rodzicom (przynajmniej kilka razy takie coś usłyszałam). Jednak to nie zawsze odnosiło skutek. Często rodzice zabierali swoje dzieci, podczas, gdy maluchy chciały się bawić z nami.
Zdarzało się także, że w spojrzeniach ludzi na ulicy dało się wyczytać jakiś… nie wiem, szok, zaskoczenie, czasem patrzyli, jakbym porwała komuś dziecko, które prowadzę za rękę. Ale były też i miłe komentarze. Bo pewnie muszę mieć dużo odwagi na bycie sobą.

Było w porządku. Zawsze miałam w nosie takie słowa jak: „szatanistka z dzieckiem”, „nie, nie wiem czemu ta pani jest tak ubrana, chodź szybko!”.
Wśród najbliższych ktoś jednak zapragnął „normalności”. To, co dawniej było zaletą – indywidualność – stało się wadą. Przyczyną niechęci. No trudno. Nie każdy musi mnie akceptować i z czasem nauczyłam się, że tak się zdarza.

Najważniejszym jest, by pozostać wiernym sobie. Moje dziecko nie będzie szczęśliwe, kiedy ja nie będę. Poza tym, zna mnie właśnie taką. Prawdziwą. Mamę-gotkę. Pod każdą inną postacią, „normalną” dla społeczeństwa, będę nieprawdziwa dla synka. Czasami jest trudno, ale uważam, że największą wartość dla naszych dzieci stanowi miłość, oddanie. Nie trzeba się zmieniać „dla dobra dziecka”. Czy to aby na pewno wyjdzie mu na dobre? Może koledzy będą mniej dopytywać „o co chodzi z tym gotykiem”, ale w domu będzie miało wypraną z własnego „ja” mamę. Nie wiem, jak to wygląda z perspektywy pedagogicznej czy psychologicznej. Moje dziecko akceptuje mnie taką jaka jestem. Taką mnie zna. Taka właśnie – w glanach i długim czarnym płaszczu jestem „jego mamą”.