niedziela, 21 grudnia 2014

Matki Polki z Internetu - o tym, skąd pierwotnie piękne określenie nabrało pejoratywnego znaczenia.


Przyszedł czas na kolejny kontrowersyjny temat. No bo nie byłabym sobą, gdybym się nie wypowiedziała - zwłaszcza na temat, który zajmuje mnie odkąd urodziłam Kubę, a na który do teraz nie miałam odwagi zabrać głosu. 

Normalne jest, że kiedy rodzi się dzieciątko, rodzice dostają fioła na jego punkcie. I to jest normalne, piękne i wspaniałe! Chcą, aby cały świat zobaczył, jakie ich dziecko jest cudowne, idealne, najpiękniejsze! I nie ma w tym absolutnie nic złego - ot, takie czasy. 

Czasem jednak zaczyna to zakrawać o paranoję - znajomi na facebooku nie zawsze będą mieli ochotę oglądać po 20 zdjęć naszego bobasa dziennie. Ich problem - oczywiście. Nasz wall, nasza sprawa, możemy robić i wrzucać co chcemy, kiedy chcemy i ile chcemy.

Ale zastanówcie się przez chwilę. Co by na to powiedziało Wasze dziecko?
Ja nie mam na myśli pięknych sesji, zdjęć z urodzinek, czy po prostu strzelonej fotki z sympatyczną minką. Mówię o zdjęciach, które mogą być w jakiś sposób kompromitujące dla dzieci. Czy naprawdę aż tak bardzo MUSICIE pokazać światu, że Wasze dziecko siedzi na nocniku (no i na deser wrzucić fotkę, że udało się zrobić kupę)? Albo jak zamiast się cieszyć na widok Św. Mikołaja to płacze wniebogłosy (część dzieci się go boi i to coś zupełnie normalnego) - a mama i tak wrzuci fotkę mokrej od łez, czerwonej buzi. Nie mówiąc o fotkach z kąpieli - idealnej pożywki dla pedofilów. Pomyślmy o tym, że w Sieci nic nie ginie, a ludzie są bezlitośni. Dziecko może po kilkunastu latach stać się gwiazdą memów zrobionego z kompromitującej fotki z dzieciństwa. Jedni to zleją, a dla innych będzie to osobista tragedia. Może być wyśmiewane przez rówieśników - czasem zapominamy jak bezlitosne są dzieci, zwalając winę na nastolatków.


Inną kategorią są matki, które w przypadku problemów zdrowotnych dziecka pierwsze co robią - to piszą na grupie, forum. "Mój synuś ma krostkę na ptaszku, co radzicie z tym zrobić?" i oczywiście koniecznie z załączoną fotką! No szlag mnie trafia jak to widzę! Mam ochotę dorwać taką babkę, mocno nią potrząsnąć i kazać iść do dermatologa, nie na forum. Z góry uprzedzam, nie mam nic przeciwko proszeniu o radę - ale niech to ma jakieś granice! Przykłady z grupy, którą czytam i obserwuję (z zachowaniem autentycznej pisowni):

"Mamusie cureczka ma 41 stopni co robic?"
"Synek 4 latka krzyczy ze boli go ucho wpuściłam mu jakieś krople ale jest gorzej, co robić?"
"Czy mogę dawać dziecku co ma 2 miesiące danonka? Bo raz dałam i smakuje" odpowiedz: "Pewnie! ja małemu dawałam od 3 miesiąca już normalne jedzenie"
"Od kiedy myć ząbki pociechom? podobno od skończenia 2 latek wczesniej nie ma sensu" odpowiedź: a po co myć wcześniej, mleczaki i tak wypadnom, nie ma sensu o nie dbać"


Czy ja żyję w jakiejś innej świadomości? Powiedzcie mi. Czy ja jestem nienormalna, że widzę w tym realne zagrożenie? Nie macie ochoty wrzeszczeć z bezsilności czytając takie posty, bo nie da się w kulturalnej dyskusji takim przypadkom wytłumaczyć, że coś jednak jest nie tak w takim podejściu? Ja nie jestem idealną mamą i nie pretenduję do takiego tytułu. Ale są jakieś granice. Co za to odpowiada? Niewiedza czy ignorancja? Nie umiem znaleźć odpowiedzi.

Ostatnio internet wrze, gdyż powstał fanpage wyśmiewający takie mamy. Oczywiście spotkało się to z oburzeniem, groźbami nawet, jednak ja nie potrafię się z nimi nie zgodzić. Skoro sama widzę to od lat i mnie - także mamie, więc powinnam się z nimi utożsamiać - to przeszkadza, to nie dziwię się, że ktoś w końcu postanowił to wyśmiać. Że "Matka Polka z Internetu" jest naprawdę nie do końca świadoma tego, że postępuje źle. Pamiętać trzeba, że owszem, każdy z nas ma prawo pisać co chce i gdzie chce - na własną odpowiedzialność. Ale to poczucie odpowiedzialności za własne dziecko powinno stać na pierwszym miejscu.

niedziela, 14 grudnia 2014

"Straszne opowieści"

Któż nie lubi strasznych opowieści? Kiedyś tradycją niemal było, by opowiadać je sobie nawzajem na koloniach, czy obozach przy przygaszonym świetle. Powstało wówczas sporo legend, opowiadań przekazywanych sobie nawzajem przez znajomych. Legenda o autostopowiczce widmo, czy niezliczone wersje historii o nawiedzonej lalce. Niektóre z tych krążących od lat opowieści doczekały się ekranizacji, stając się kultowymi horrorami.


"Straszne opowieści" jest zbiorem tego typu opowiadań, zaadoptowanych dla dzieci. Jest to propozycja oczywiście dla nieco starszych pociech - powiedziałabym, że tak od 8 roku życia. 12-latkowi, a nawet starszemu dziecku ta publikacja też by się spodobała, zwłaszcza ze względu na ciekawe ilustracje.

 

Nim dałam ją swojej chrześniaczce, sama przeczytałam wszystkie opowieści, nie nudząc się przy żadnej. Zrobiłam to też z tego prostego powodu, żeby sprawdzić, czy czymś takim nie przyprawię dziecka o koszmary. Strach jest bowiem zawsze delikatnym tematem.
Okazało się, że mone obawy były bezpodstawne. Nastusia była zachwycona książeczką i co wieczór albo sama czytała sobie jedno opowiadanko, albo prosiła o to mamę. Wielkość liter i wyraźna czcionka pozwala na samodzielną lekturę. Jednocześnie książka nie sprawia wrażenia nader dziecinnej. Ilustracje są, co prawda, liczne i barwne, ale przy tym poważne i pobudzające wyobraźnię.

Trochę o zawartości.
Znajdziemy tu między innymi opowieść o złej lalce, duchach, wilkołakach, wampirach, a także wariatach, szczurach i karaluchach - jednym słowem: wszystko, czego można się bać. Co ciekawe, pojawia się tutaj również jedno opowiadanie o tajemniczym obrońcy (duch? anioł stróż?). Wszystkie opowiadania zawierają element tajemnicy, a większość posiada zaskakujące zakończenie. Niektóre mają wbudowaną złotą myśl lub morał. Nie są jednak tendencyjne.






Niewątpliwą zaletą "Strasznych opowieści" jest prosty język, używanie zrozumiałego i znanego słownictwa. Jednocześnie opisy nie są banalne i działają na wyobraźnię. W części opowiadań występuje narracja pierwszoosobowa głównego bohatera lub świadka wydarzeń, który jest w wieku mniej więcej 10-16 lat, w zależności od opowiadania.


Wadą lub może raczej czymś na co trzeba zwrócić uwagę jest fakt, że nie wszystkie historie kończą się szczęśliwie. W niektórych zdarza się, że ktoś umiera, znika lub wariuje. Trzeba o tym pamiętać, gdyż tylko my wiemy jak na takie historie może zareagować nasze dziecko.

Osobiście książkę polecam, sama Nastusia zachęca do czytania, "jeśli ktoś chce napędzić stracha sobie, albo kolegom" :)


Wszystkie zdjęcia zaczerpnięte zostały z książki Jose Morana "Straszne opowieści" wydanie Warszawa 2012.

wtorek, 9 grudnia 2014

Prywaty uroczysty koniec... i początek ;)


Postanowiłam, iż nie będę zaśmiecała MwG wcinkami ze swojego prywatnego życia. To mój blog, na którym jako tako pokazuję siebie od strony macierzyńskiej i niech tak zostanie. Mama w Glanach pozostaje blogiem alternatywno-parentingowym, jak dotychczas.

Tym samym wszystkich ciekawych cóż porabiam nadprogramowo, bardzo serdecznie zapraszam na mój nowy blog!


Na nim znajdzie się wszelaki offtop, który tu od czasu do czasu popełniałam - trochę o moich handmade'ach, pasjach, działaniach. Jest tam również obiecana relacja z Balu Królestwa 1830 - jeżeli was to ciekawi, serdecznie zapraszam do czytania lub obserwowania. Wszyscy ci, którzy woleli MwG bez wtrącanych prywat mogą czuć się uspokojeni :)

Pozdrawiam,
Ragana :)


niedziela, 7 grudnia 2014

Historia glanów ;)


Kilka miesięcy temu padła propozycja, abym napisała tu notkę o glanach... Trochę mnie to zdziwiło, bo kurcze - czy glany wymagają jakiegoś specjalnego przedstawiania? Jednak skoro tak wielu z Was trafia na ten blog wpisując właśnie takie hasło w wyszukiwarkę - voila! Oto historia glanów w hiperskrócie ;)

z: rockmetalshop.pl

Pierwsze "glany" prawdopodobnie istniały już w połowie XIX wieku, noszone były przez hutników i górników - taki zawód wymagał wówczas solidnego obuwia, ciężkiego z podbijaną gwoździami podeszwą. Jednak jako takim "wynalazcą" glanów jest pan, którego nazwisko słyszeli chyba wszyscy miłośnicy tego obuwia -  dr Klaus Maertens. W 1945 roku skręcił stopę podczas jazdy na nartach i wpadł na pomysł, aby stworzyć buta na miękkiej podeszwie z długą, sznurowaną cholewą, mającą ochraniać stopę przed urazami. Pomysł wydał się na tyle dobry, że przystąpiono do masowej produkcji. 1 kwietnia 1960 roku na rynku pojawiły się pierwsze prawdziwe glany. Ciemno-wiśniowe, wysokie na osiem dziurek.

Na początku buty popularne były głównie wśród służb mundurowych, żołnierzy, jednak szybko zostały "przejęte" przez świeżą wówczas subkulturę Rockersów. Dzięki długiej cholewce glany stanowiły dobrą ochronę dla nóg podczas jazdy na motocyklu. 

Prawdziwą popularnością glany zaczęły się jednak cieszyć u przełomu lat 70-80-tych. Wtedy to obowiązkowym obuwiem dla pochodzących ze środowisk robotniczych grup Skinów i Punków stały się właśnie glany. Im wyższe, tym lepsze, zarówno cholewka, jak i wygięcie podeszwy. Wśród metali, glany zaczęły być popularne dopiero w latach 90-tych.Wraz z upływem lat przejęli je również goci. 

Najpopularniejsze są glany czarne, jednak znajdziemy też wiśniowe, niebieskie, białe, żółte - zarówno matowe, jak i na wysoki połysk. Ja osobiście jestem zwolenniczką matowej czerni. Znajdziemy klasyczne 10 dziurkowe, jak i 3, a także 15, 20 dziurkowce. Jedni uważają, że glany winny być wypucowane jak lustereczko, inni z kolei, że im bardziej znoszone, tym prawdziwsze. Moje są bardzo znoszone, pastowałam je dosłownie kilka razy, a trwają przy mnie już... 8 rok chyba. Och tak, to jest niewątpliwą zaletą glanów - ich DŁUGOWIECZNOŚĆ. Buty-inwestycja, której naprawdę warto dokonać. 

Często rodzice nie chcą kupić glanów swoim nastoletnim dzieciom, tłumacząc to grzybicą itp. Umówmy się - glany są butami z naturalnej skóry. Skóra "oddycha", jak powszechnie wiadomo. Większą krzywdę wyrządzimy dziecku kupując mu adidasy (mówię oczywiście o tych pseudoadidasach, typowo gumowych) w których to noga się po prostu kisi. Szkodliwe dla kręgosłupa? Nie spotkałam się podczas zbierania materiałów do tej notki z opinią lekarską, która jawnie wskazywałaby glany jako przyczynę uszkodzeń kręgosłupa. Jak ktoś posiada już takie schorzenia, to musi indywidualnie dopytywać. Podobnie jak z obcasami - nie każda kobieta może je nosić, ogólnie wiadomo, że żylaki, że wykrzywienia nóg - jednak czy warto tak demonizować butki? ;)

Ciężkość - nie rozumiem osobiście traktowania ciężkości glanów jako wadę. Ja osobiście uwielbiam ciężkie buciory, mam sporo ważące koturny, w których kocham człapać :) Po prostu nie urodziłam się z darem lekkiego stąpania w zgrabnych butkach, co dopiero na wysokich obcasach. Czasem znajomi śmieją się, że te ciężkie buciory trzymają mnie na ziemi, bo inaczej odfrunęłabym w przestrzeń z moją wagą i posturą :P

Glany dla małych dzieci? Cóż, mój synek ma na zimę butki glanopodobne. Ciężkawe, jednak sugerowałam się ich solidnością przy zakupie. Nie narzeka póki co, jest wręcz dumny, że je posiada. A ja jestem spokojna, że nie rozlecą się przy pierwszym śniegu.


wtorek, 2 grudnia 2014

Witaj, Grudniu.


Ostatnie dwa miesiące minęły mi jak z bicza strzelił. Mówię absolutnie poważnie - miałam tyle zajęć "nadprogramowych", że dopiero w niedzielę, po powrocie z Warszawy usiadłam i pozwoliłam umysłowi przyjąć do wiadomości, że od dwóch miesięcy nie miałam chwili oddechu. Kocham taki twórczy pęd - czuję, że żyję na 100% i to właśnie sprawia mi największą frajdę.

Jednak czas zwolnić. Czas się zatrzymać. Pomyśleć przez sekundę, że do Świąt Bożego Narodzenia zostało nie więcej, niż 3 tygodnie. Co roku o tej porze miałam już dokładnie zaplanowane prezenty dla wszystkich - w tym roku nie zdążyłam się nad tym zastanowić. I to wcale nie chodzi o jakieś "niewiadomoco". Po prostu przestało mi sprawiać frajdę kupowanie gotowych prezentów - dla najbardziej wyjątkowych osób czuję się zobowiązana wykonać jakiś handmade. Nie, żebym była jakaś szczególnie w tym dobra, jednak czuję, że wkładając w tworzenie danej rzeczy swój czas, emocje, serce i starania, daję coś więcej, niż sam fizyczny podarek. Wbrew pozorom w tym roku sprawiło mi trudność znalezienie klimatycznego prezentu. Takiego, na który mnie stać oczywiście, bo gdybym spała na euro, z pewnością uszczęśliwiłabym kilka osóbek tym czy owym.

Tak czy siak - ważne, że mam pomysł. Ponoć to 50% sukcesu :P Jednak zobaczymy, czy cokolwiek z moich starań wyjdzie.

Synek to póki co jedyna osóbka, dla której upominki są skompletowane, zgodnie z napisanym listem do św. Mikołaja. Ponadto może uda mi się uszyć mu obiecaną maskotkę Totoro.

Czy Wy już myślicie o świętach? O prezentach?
W zeszłym roku poświęciłam klimatycznym prezentom całą notkę.
W tym roku zachęcam - zróbcie coś od siebie :)

OFF TOP:
Wiecie, tak się zastanawiam, czy jest sens pisania tu relacji z Balu Królestwa Polskiego 1830r. na którym byłam. Nie chcę odbiegać poza tematykę bloga, może powinnam założyć bardziej prywatnego bloga? Zdecydujcie Wy, moi drodzy czytelnicy.