poniedziałek, 22 września 2014

Jak to jest być nastoletnią mamą - mała retrospekcja ;)


Dzisiaj w jednym programie śniadaniowym była debata na temat jaki jest idealny wiek na zostanie mamą. Była tam jedna z młodych przedstawicielek - wspominała, że mając 21 lat często słyszała, że nie powinna mieć dziecka, bo się do tego nie nadaje. Każdemu rozsądnemu człowiekowi zapala się czerwona lampka z napisem "DLACZEGO?!", kiedy słyszy podobny tekst. 

No właśnie, dlaczego?
Jak to jest być mamą nastoletnią?
Jak reaguje społeczeństwo, koledzy, szkoła?
Jesteście ciekawi? ;>


Cofnijmy się w czasie o 6 lat, kiedy to mniej więcej miesiąc po swoich 18 urodzinach dowiedziałam się o ciąży. Ciekawskim jasno wyartykułuję, że mój synek nie był "wpadką". Nienawidzę tego określenia, wiecie? Dziecko to dziecko - nieważne jak poczęte. Od pierwszych chwil należy mu się miłość, troska i szacunek. 

Rok maturalny. Czekała mnie masa nauki i podołałam całkiem nieźle. Nie rozumiem dziewczyn, które "znikają" ze szkoły z tego powodu. Wstydzą się? Dyrektorzy im tak każą?
Postawmy sprawę jasno: ciężarna dziewczyna ciągle pozostaje uczennicą z takimi samymi prawami. Nie wolno jej zawiesić ani wyrzucić ze szkoły, nie wolno na siłę wysyłać na indywidualne nauczanie. Można zaproponować taką opcję i dziewczyna ma prawo z niej skorzystać, ale nie może być do tego zmuszana. Ja przyznam szczerze, że nigdy nie brałam pod uwagę indywidualnego. Oszalałabym z nudów bez mojej kochanej, zwariowanej klasy, bez codziennych wygłupów na lekcjach, bez niektórych profesorów. Miałam to szczęście, że chodziłam do najlepszego liceum, jakie mogłam wybrać - zatem z tytułu mojej ciąży dostałam wyłącznie gratulacje, oraz przywileje ;)
Wybieganie do kibelka z powodu wymiotów miałam zagwarantowane bez potrzeby wcześniejszego zgłoszenia, pedagog zaciągała mnie do stołówki na darmowe obiady, każdy pomagał jak mógł. Klasa fantastycznie wspierała - pomagali uporać mi się z gapiami na korytarzu (których i tak miałam gdzieś), pożyczali notatki, nosili torbę w ostatnich tygodniach lub pomagali wejść na trzecie piętro; odwiedzali w szpitalu po porodzie. Szkoła spełniła swą rolę cudownie - mogłam po odejściu (na dwa miesiące, przestałam przyjeżdżać wraz z początkiem 8go miesiąca) napisać prace kontrolne i wysłać je profesorom mailem. Mam nadzieję, że mi nie pobłażano w nauce, przynajmniej nie odczułam tego jakoś szczególnie. Skończyłam z paroma szóstkami i piątkami, przewagą czwórek, zacnymi wynikami na maturze.



Ja. Przełom 2008/2009, mniej więcej 5/6 miesiąc :P
Tak, tak chodziłam ubrana do szkoły :P
Tak, wiem, bez komentarza xD

Gadanie ludzi. Ludzie zawsze gadają ;) Najwięcej te panie, które nazywam (przepraszam, będzie przekleństwo!) "świętojebliwe" - co same z brzuchami latały w wieku 16 lat, ale pierwsze do plot. Nie miałam i nadal nie mam w zwyczaju się tym przejmować i każdej młodziutkiej mamie radzę to samo :) Mam takie wrażenie, że poprzez przesunięcie się granicy wieku ludzie zapomnieli w większości przypadków, że dawniej pierworódki w wieku 17-19 lat były normą. Dzisiejszy średni wiek macierzyństwa 29-34 był wówczas rzadkim zjawiskiem. Fajnie, że kobiety studiują, robią karierę, ale nie można przez pryzmat ich wyborów oceniać innych :)

Zauważcie jedną rzecz, o której w moim przypadku pamiętała jedynie szkoła: zachodząc w ciążę byłam już osobą PEŁNOLETNIĄ. Ze wszystkimi prawami dorosłej kobiety. W szpitalu traktowano mnie po macoszemu. Z niesmacznymi aluzjami co do wieku ze strony lekarzy i jednej położnej. Reszta babeczek była bardzo sympatyczna, rozumiały, że zamierzam się uczyć, cierpliwie wszystko tłumaczyły. Jednak niestety nie traktowano mnie jak osobę pełnoletnią, samodzielnie o sobie decydującą. No ale trudno wymagać tego w szpitalu, gdzie pracownicy wpadli w rutynę i przyzwyczaili się do takich niskich standardów i zachowań.

Wiecie co najbardziej mnie rozwalało? Teksty: "Teraz skończy się imprezowanie"... Dlaczego młode mamy mają wizerunek upojonych procentami imprezowiczek wywijającymi w klubach tyłkiem? Nie ogarniam. Nie miałam czego skończyć, bo nie imprezowałam i uważam, że nic na tym nie straciłam :) Jakby młode kobiety, już nawet niekoniecznie mamy, nie mogły być poważne, dojrzałe.
Czasem faktycznie słyszymy o aferach, że młodej matce zabrano dzieci, bo była nieodpowiedzialna, nie radziła sobie z obowiązkami. Ale to nie jest reguła - równie dobrze matki niemal 40 letnie mogą być skrajnie nieodpowiedzialne (patrz: afera w dojrzałej rodzinie zastępczej, w której zamordowano dzieci). Matka jest matką dla dziecka, bez znaczenia ile ma lat - tak też należy ją traktować.

Nastoletnia mama może być tak samo cudowna, odpowiedzialna, kochająca jak każda inna. To prawda, że potrzebuje pomocy, ale wcale nie znaczy, że sobie nie poradzi. Taka po trzydziestce też jej potrzebuje. Każda kobieta debiutując w roli matki czuje tę samą niepewność, obawy, jednak nie jest to nic złego, nie świadczy to o naszym "nadawaniu" się na mamę.

Minęło kilka lat. Skoro ja dałam radę, to każda z dziewczyn potrafi - wcześniej miałam niewielkie doświadczenie z opieką nad dzieckiem, nie potrafiłam nawet zakładać pampersa. Ale wszystko się da ;) Gdybym nie miała synka, pewnie owszem, miałabym wymarzone mgr przed nazwiskiem, jednak nic poza tym. Pewna jestem, że nie miałabym niczego, co mam teraz, a z czego jestem dumna i co mnie uszczęśliwia. A co to jest - niech zostanie moją słodką tajemnicą ;) Tak sobie myślę, że fajnie jest być młodą, pełną energii mamą, mieć siłę nawet na najbardziej zwariowane propozycje dziecka. Fajnie się stało. Wykształcenie zawsze zdążę nadrobić, całe życie przede mną - i mam w nim najwspanialszego towarzysza, jakiego tylko mogłam sobie wymarzyć!

piątek, 19 września 2014

Piąteczek, piątunio :)


Wyjątkowo mam dziś dzień wolny od pracy, zatem postanowiłam naskrobać jakąś luźną notkę - ot, naszła mnie na to ochota. Przy porannym ciasteczku z Polo i herbatce liściastej w starodawnej filiżaneczce. Jak ja kocham herbatę! Najbardziej mieszankę białej oraz zielonej, z kwiatami i owocami pomarańczy :) No i Earl Gray Ahmad Tea oczywiście (pomyśleć, że wcześniej nie znosiłam earl gray!)

Potworek w przedszkolu. Z perspektywy tych kilku tygodni wiem, że odpowiednio przygotowałam Kubę do funkcjonowania w grupie, jestem z siebie dumna :) Wiecie co mnie martwi? Jego grzeczność. Tak, grzeczność  :) Oczywiście napawa mnie dumą, że wykazuje kulturalne zachowania, jednak w relacjach z rówieśnikami, zwłaszcza dziećmi przodującymi trochę mu to przeszkadza. Zawsze ustępuje, nie walczy o swoje do upadłego; chciałabym, aby był odważniejszy i nie dawał się wykorzystywać. Muszę poszukać jakichś ciekawych i skutecznych metod budowania poczucia własnej wartości. Nie, żebym bawiła się w psychologa, ale wiedzieć Wam trzeba, że swojego czasu dzieci mnie baaaardzo, ale to bardzo krzywdziły. Mnie osobiście to zahartowało, jednak wolałabym oszczędzić dziecku tego, co sama przechodziłam. Ja niestety zaczęłam swój bunt przeciwko takiemu traktowaniu mnie trochę za późno, dlatego chcę uczulić małego na to, że nie wszyscy są dobrzy, grzeczni i uprzejmi...

Czeka mnie dziś trochę szykowania - jutro mamy rodzinną uroczystość, muszę zatem poprasować sporo rzeczy, spakować synka, zdecydować którą ze stu tysięcy par szpilek założyć... :P
Jak zostanie mi trochę czasu, to wezmę się ostro za robienie bonnetu. Bonnet to XIX wieczne nakrycie głowy, o na przykład takie (na tym modelu z 1810 roku spróbuję się wzorować): http://www.pinterest.com/pin/236509417904019986/

Mam wybrane tasiemki, koronki, ułożony w główce plan działania - wystarczy zatem usiąść i pogimnastykować palce przed godzinami ręcznego szycia :P Nie, żebym była jakąś specjalistką, ale uparłam się na ten kapelutek, będzie to moje czwarte nakrycie głowy (po cylindrze, fanszoniku i moim ukochanym czarnym kapeluszu przeciwsłonecznyn). Niestety nie będzie w 100% koszerny... No ale może w przyszłości to zmienię :)

Ciacho pożarte, herbatka wypita. Miłego dnia!

niedziela, 14 września 2014

W poszukiwaniu jesieni :)


Dzisiaj co prawda temperatura bardzo letnia, ale postanowiliśmy wraz z synkiem wybrać się na typowo jesienny spacer - na kasztanową wyprawę. 

Bardzo lubię nasz miejski park, choć nie za duży, to uważam go za bardzo malowniczy. Na szczęście kasztanowców w nim dostatek, więc mieliśmy prawdziwie udane zbiory! :)

Moja ulubiona alejka ;)









Nie wiem czemu dodało się odwrócone :(




Hahaha ;]

Hahaha, Jakub zawsze wie, jak pozować :P

A tu dzieciorek postanowił zrobić zdjęcie mnie...
Marnej modelce nawet najukochańszy fotograf nie pomoże :D
 


 

Wspólne selfie obowiązkowe!
(Przepraszam za mój wygląd, zmagam się z przeziębieniem)

A to może nie najurodziwsza, ale na pewno najweselsza fontanna w Polsce :P

Wasze dzieci lubią robić kasztanowe koniki, rycerzy, jeże? Ja postanowiłam wykonać coś alternatywnego, ale zobaczymy wieczorem, czy się uda :P
Zebraliśmy całą reklamówkę - może przydadzą się również do celów leczniczych.
Przysyłajcie nam swoje zdjęcia z jesienno-rodzinnych spacerów :)