wtorek, 28 lutego 2017

Jak nie być kijowym klientem sklepu internetowego - miniporadnik.

Sklepy internetowe - w obecnych czasach nie wyobrażamy sobie bez nich życia. Otwarte 24 godziny na dobę, nikt nas z nich nie wypędza, możemy dokładnie sprawdzić specyfikację produktu. Możemy kupić coś na drugim końcu świata nie wychodząc z domu. Ale czy to czyni nas  Panami Wszechświata? Klientami Lepszego Sortu? ;> 

Pracuję w tej branży wystarczająco długo, by pozwolić sobie na napisanie tego posta. Zabierałam się za niego już kilka razy myśląc, że nic mnie już nie jest w stanie zaskoczyć. O jak bardzo się myliłam :D Jak obuchem w łeb - potrafiłam dostać takie roszczenia i zapytania na skrzynkę firmową, że kończyłam ze stółfejsem (waleniem czołem o stół). Czasem kładłam się na podłodze w pozycji embrionalnej pozwalając sobie na sekundową rozpacz, ale wówczas byłam ofukiwana przez firmowego kota i musiałam zebrać w sobie resztki profesjonalizmu i odpisać rzeczowo na absurdalnego maila.
źr. gogler.pl


Z góry uprzedzam, że jest to raczej post z przymrużeniem oka - jeżeli jednak dostrzegacie w poniżej przytoczonych przykładach swoje nawyki - może czas na refleksję? :)


1. Nie kupuj nie zamierzając zapłacić.
Dla mnie to level master braku wychowania, buractwa i cebulactwa. Klikając "kup" zobowiązujesz się do zapłaty. Nie rób tego, nie finalizuj zakupów jeżeli i tak za nie nie zapłacisz. A najżałośniejsze jest tłumaczenie, że coś tu się samo kupiło i kliknęło, albo co gorsza - zwalanie na dziecko. Jasne, zwłaszcza, że zakup wymaga wpisania konkretnych danych, na pewno kilkuletnie dziecko jest w stanie wypisać formularz. Nic się nie stanie, jeżeli kupisz i rozmyślisz się, zrezygnujesz, masz prawo, powód nikogo nie obchodzi, ale nie kłam, że nie kupiłeś, skoro kupiłeś :D W systemie sklepu zostawiasz ślad każdej swojej aktywności, nasz Wielki Brat widzi wszystko :)
Trafiła się nam przed Bożym Narodzeniem klientka, która chciała, żeby jej wysłać za pobraniem i dziwiła się, że ma za to zapłacić... No raczej nie wysyłamy nikomu za darmo.

2. Poinformuj, kiedy rezygnujesz z zamówienia.
U nas w firmie zazwyczaj dajemy tydzień na zapłacenie zamówienia. Później kontaktujemy się mailowo, następnie telefonicznie. My nie jesteśmy windykacją, ZUSem ani Urzędem Skarbowym, nie zjadamy za "Przepraszam za kłopot, rezygnuję z zakupu". Ale odpisz na naszą wiadomość, oszczędzisz nam tego ułamka roboczogodziny, w ciągu którego obsłużylibyśmy zdecydowanego klienta.

3. RABAT to stolica Maroko.
Sklepy internetowe - jeżeli nie mają systemu lojalnościowego - lubią przydzielać okazjonalne rabaty na zakupy. Często zależy to od nastroju właściciela. Możesz więc obserwując social media upolować kod rabatowy zarówno z okazji Dnia Kota, jak i urodzin szefa (lub jeżeli jesteś fanem Mamy w Glanach - w sklepach, w których pracuje masz stałą zniżkę:). Ale na Boga - nie żebrz. To tak nie działa. Obsługa sklepu wie komu i za co dać rabat, poznajemy stałych klientów, poza tym system mówi ile złożyłeś zamówień, by uznać Cię za stałego klienta :)

4. "Zrobiłam przelew w sobotę, jest poniedziałek, gdzie jest moja przesyłka!"
Mój ulubiony punkt. Śmiałam się, że powinien być na punkcie pierwszym firmowego FAQ, jeżeli kiedykolwiek takie powstanie. Padła propozycja zapisu "Nie wysyłamy przesyłek gołębiem z petardą w dupie". Otóż może cię zaskoczę, ale CZAS REALIZACJI TO NIE CZAS, PO KTÓRYM DOSTANIESZ PRZESYŁKĘ. Czas realizacji to czas, którego potrzebuje sklep na zrealizowanie (wyprodukowanie/zamówienie, przygotowanie, spakowanie i nadanie) Twojego zamówienia. Dolicz do niego czas przesyłki u dostawcy, którego wybrałeś. I nie wierz w obiecujące reklamy - czytaj regulamin, ten drobny maczek, a dowiesz się, że list polecony priorytetowy ma prawo iść nawet 4 dni robocze.

5. Sklep nie jest winny temu, że dostawca zagubił przesyłki.
Jeżeli otrzymałeś nr nadania, potwierdzenie przesyłki, reszta leży w mocy dostawcy. Od tej chwili to on czuwa nad Twoim zamówieniem, to dostawca jest również bezpośrednim adresatem wszelkich Twoich roszczeń co do czasu i jakości dostarczenia. Jeżeli masz jakiś problem - sklep na pewno pomoże w miarę możliwości, ale nie ma wpływu na to, jak wywiązuje się z dostarczenia wybrany przez Ciebie dostawca. Nie ma również takiego obowiązku, to wszystko kwestia dobrego serduszka, ale jeżeli poprosisz o pomoc, a nie wyskoczysz z ryjem. Serdecznie nie pozdrawiam w tym momencie firmy na literę I....., najgorszej firmy dostawczej ever.

6. Przelew to nie mail.
Poddałam się już, straciłam wiarę, że ludzie kiedykolwiek to pojmą. Przelew nie znajduje się na koncie sklepu w momencie kliknięcia POTWIERDŹ, chyba, że masz konto w dokładnie tym samym banku. Czasem trwa to kilka godzin (księgowania są o określonych porach), czasem nawet dwa dni robocze. Jeżeli płacisz przekazem, lub masz konto w banku z którym bank sklepu się "nie lubi", Twoje pieniądze docierają serio nawet w ciągu dni. To. Nie. Są. Maile. Naprawdę. Aaaaaaaaa!!!!

7. Czytaj regulamin.
Serio, tam znajduje się 90% odpowiedzi na Twoje pytania, jeszcze zanim je zadasz. Taki bajer! :)

8. Sklepy działają nocą i w weekend, ale obsługa ma wolne.
Myślisz może, że Twoje zamówienie realizowane jest od razu w momencie jego złożenia? I że w sklepie internetowym pracują roboty? Nie! Za tymi wirtualnymi machinami często stoi naprawdę garstka ludzi, którzy pracują wykonując obowiązki kilku etatów na raz, by ze wszystkim zdążyć. Ale pracują w określonych godzinach. Znajdziesz te informacje na stronie sklepu, podobnie godziny, w których można dzwonić. Niech Ci nie przyjdzie do głowy dzwonić przed/po wskazaną godziną. Uszanuj pracę tych ludzi, bo przez kilkadziesiąt godzin w tygodniu sensem ich życia jest Twoje zadowolenie z produktu, który Ci sprzedają.

9. NIE JESTEŚ jedynym klientem!
Serio. Oprócz ciebie złożyło zamówienie dzisiaj może 5, może 7 a może 40 osób. Jak wszędzie - kolejka obowiązuje. Oni też zapłacili. Im też się spieszy. Oni też zakupili to na prezent cioci Krysi.





Sklepy internetowe i ich obsługa to tylko ludzie. Kogoś mężowie, dziewczyny, matki, wujkowie. Mają czasem gorszy dzień, czasem mają urlop. Ale kiedy pracują to wierz mi, na maksa starają się jak najszybciej zrealizować Twoje zamówienie. Nie chcą, żebyś na nie czekał dłużej, niż musisz. Nie mają wywalone. Nie jesteś tylko klientem. Pozwalasz im zarobić na życie. Ale zachowuj się godnie i nie bądź roszczeniowy. Zakupy przez internet to transakcja wiązana - nie tylko kupno-sprzedaż, ale i życzliwość-szacunek.




czwartek, 9 lutego 2017

"Jaki był mój poród? Nudny, cały przespałam!"


Najmniejsza mama w blogosferze zainspirowała mnie do napisania tego posta. Ona też jest autorką tekstu z tytułu - Pani Miniaturowa podobnie jak ja, spała sobie w najlepsze, kiedy na świat wychodziły (a raczej były z nas wyjmowane) nasze dzieci.

W sumie nigdzie nie zapisałam wspomnień z tego wydarzenia. Na starym fotoblogu, jakiś tydzień po opuszczeniu szpitala napisałam co prawda rzewną notkę dołączając pierwsze zdjęcie mojego syna, ale wtedy byłam tak odurzona hormonami, że dzisiaj czytać o tych słodkopierdzących i metafizycznych doznaniach nie mogę. Wy też nie musicie czytać poniższej relacji - nie każdy lubi. Piszę to chyba bardziej dla siebie :)

Dzisiaj z kolei brzuch mnie tak boli, że dla porównania przychodzą mi na myśl jedynie skurcze porodowe - wykorzystując zatem niezdolność do nauki (coś czuję, że kronikarz Długosz się na mnie za to zemści na teście poprawkowym z historii literatury) cofam się w czasie o 2882 dni...

Noc, szpital, marzec 2009.
Siedzę tu od prawie 2 dni, bo już po terminie, a mały leń ze środka ani myśli wyłazić. Ważę 53 kg, koleżanki z sali zazdroszczą braku rozstępów. Próbuję zasnąć. Ale coś cholera, nie mogę, bo boli tak, jak podczas najkoszmarniejszych okresów. No ale to normalne. Tylko, że boli jak w zegarku co 11 minut. Well, potuptałam do dyżurki, gdzie otrzymałam ligninę i zalecenie, żeby obserwować w kibelku, czy nie odkleił się czop. Odkleił się 3 godziny później. Skurcze ani nie robiły się częstsze, ani nie bolały bardziej, nic nie do zniesienia. Przereklamowane. Skąd mam wiedzieć, czy odeszły mi wody? Nie odeszły. Uf. Więc to jeszcze nie teraz.

Kilka godzin później.
Okeeej, zmiana daty, mamy pierwszy dzień wiosny. Mamy też skurcze co 4ry minuty. Zawsze myślałam, że to tylko w filmach jest tak, że skurcze są regularne. A tu mogłabym sobie jajko na miękko ugotować sugerując się jedynie odstępami między jednym a drugim ;]

Dobra, boli. Boli w cholerę. Napierdziela. Ból wzbudza we mnie złość, już nie mogę się doczekać, aż będzie po wszystkim. Poranne KTG, obchód badania. TAK SERIO BOLI TAK MOCNO. Przechodzę do gabinetu i po raz pierdyliardowy siadam na fotelu. Już mnie nie rusza wpatrywanie się między moje nogi - zobojętniało mi to zupełnie. Mierzą i mierzą, a tam rozwarcie 8cm. Oho, zapraszamy na porodówkę.

Leżę tam około 1,5 godziny, boli, usg, BOLI, a Młody ani wte, ani wewte. Wówczas jeszcze nie wiem, że to Młody. Wiem, że gdzieś tam na korytarzu jest moja mama, siostra i przyszły ojciec, który przejęty dzwoni do mnie na salę i pyta jak się czuję. JAK SIĘ CZUJĘ. A JAK MAM SIĘ CZUĆ. Nigdy nie zadawaj tego pytania kobiecie, która rodzi. Zakazałam do mnie dzwonić, bo wkurzało mnie to jeszcze bardziej, niż brak postępu i własna słabość. Zależność i zdanie na łaskę personelu. Zaglądali tak w sumie co 20 minut, a później, kiedy zauważyli, że nidyrydy, Dzieć się nigdzie z brzucha nie wybiera, zaczęli się krzątać. Usłyszałam coś o niewspółmierności i zadawano mi jakieś dziwne pytania do ankiety przedoperacyjnej. Nawet nie wiem, czy odpowiadałam zgodnie z prawdą, bo odpływałam. Mdlałam. To można porównać to skrajnego upicia się, urywa się film i coś tam bełkoczecie, ale nie macie nad tym kontroli.

Potem czułam, że mnie przenoszą, że jadę, że każą oddychać głęboko. Dostałam tlen, trzy wdechy najbardziej zajebistym i czystym powietrzem, jakie kiedykolwiek czułam, a tuż po nim dziwny, chemiczny zapach narkozy.


Pierwsze zdjęcie Jakuba :)

Obudziłam się mamą
Cucili mnie przez około 2 godziny. Pamiętam, że w majakach ktoś powiedział, że urodziłam synka i ja kazałam NATYCHMIAST mi go oddać. Odzyskałam pełną przytomność dopiero około 14tej i dostałam moje maleństwo - mogłam go sobie dokładnie obejrzeć, przytulić, powąchać, wycałować. Leniu zwany dalej Jakubem szybko otworzył oczy, nie był zbyt spuchnięty i cięższy o kilogram w porównaniu do szacunku lekarzy. Osikał kogoś na dzień dobry tuż po wyjęciu z brzucha. Kto zabroni? ;>

Cieszę się, że nie byłam przytomna podczas CC - chyba świadomość umysłowa i oczekiwanie byłyby dla mnie trudniejsze, chociaż oczywiście żałuję, że nie widziałam pierwszych sekund życia mojego syna. Czułam zaufanie do lekarzy i położnych opiekujących się mną, obyło się bez spektakularnych akcji. Cóż, później się dowiedziałam, że istniało zagrożenie iż Kuba utknie mi w miednicy i oboje tego nie przetrwamy. I że każdy kolejny poród musi być rozwiązywany przez CC.

Tak sobie myślę teraz po spisaniu tego wszystkiego, że pamiętam o wiele więcej, niż myślałam. Chociaż minęło prawie 8 lat... Kto by się spodziewał. 
Opiszcie proszę swoje wspomnienia w komentarzach :)