niedziela, 28 lutego 2016

#mamasiębada


Jest dla mnie wielkim pocieszeniem, że blogi, na które trafiam, należą do naprawdę mądrych rodziców. Ktoś udostępnił u siebie link do wpisu Mama Carla z interesującym, choć tak banalnym hasztagiem - #mamasiębada. Z ciekawością przeczytałam i uznałam, że to coś w 100 procentach dla mnie - sama bowiem ostatnio wzięłam się za siebie.

Ale żeby sama? A skąd. Badania krwi? Robione ostatnio w ciąży, czyli ponad 7 lat temu... Przecież każde przeziębienie mija SAMO, SAMA dam sobie radę z chorobami, samo przejdzie. Zadyszka, skurcz, kłucie w sercu. Przecież samo minie. Jestem wszak mamą - a mamy są niezniszczalne; dodatkowo Małą Mi - a te to już w ogóle. 

Tylko nie minęło samo. Serce zwłaszcza, kłucie mijało dwa lata i nie minęło. 

Obiecywałam Większemu Przystojnemu dobre kilka miesięcy, że ogarnę temat, bo przecież ile mógł patrzeć, jak chodzę z lewą ręką przyciśniętą do klatki piersiowej. Łamałam obietnicę wielokrotnie, bo kardiolog w Warszawie to 3 lata czekania, bo jeszcze mi coś wynajdzie, bla bla... Tak naprawdę ciężko się zmobilizować. Uparciuch ze mnie okrutny. Nowy Ro(c)k był takim momentem, gdzie siadłam i postanowiłam wywiązać się z wielu obietnic danych sobie i innym. Lista była długa. Na pierwszym miejscu wpisałam kardiologa. I udało mi się znaleźć odpowiedniego w mojej przychodni. Prywatnie, ale czekałam na wizytę kilka dni.






Idąc za ciosem zrobiłam podstawowe badania krwi, ekg i wszystkie potrzebne do tej wizyty. Wyniki mnie nieco zaskoczyły. Mam wyższy poziom cholesterolu niż bym się spodziewała. Nie przekracza absolutnie normy, jednak jest w tej górnej granicy, co było dla mnie nie do pomyślenia.

Wizyta u lekarza natomiast pozwoliła mi odkryć, że zmagam się z nerwicą, a dolegliwości serca i stany lękowe były pochodną właśnie tej choroby. Jak widać przeszłość, wszystkie stresy i lęki pozostawiły ślad na moim zdrowiu, który niestety skutkuje czasem niefajnymi sytuacjami, jak choćby fatalne samopoczucie. 

W związku z tym, przez pewien czas musiałam brać leki antydepresyjne (nie psychotropowe), które wyciszały reakcje mojego ciała na stres. Teraz zastępuję farmakoterapię sportem - wedle zalecenia. Od marca wykupuję karnet na zumbę, bo ta aktywność wprawia (mnie akurat) w dobry nastrój, co pozwoli mi zapanować nad moją serotoniną bez potrzeby łykania tabletek.

Tylko po co o tym wszystkim piszę?
Zewsząd trąbią nam o konieczności badań, dbania o siebie, zdrowego stylu życia i odżywiania. Czasami podejmujemy próby, czasami wpuszczamy jednym uchem, a drugim wypuszczamy. Mamy namawia się, aby zbadały się dla swoich dzieci, partnerów... Tylko, że to niewiele daje, przynajmniej osobom z takim podejściem, jak ja. Trzeba samemu chcieć zrobić to tylko dla siebie. Zrozumieć, że zdrowie jest kruche, a my nie jesteśmy nieśmiertelni. 

Ciekawie na tę wieść zareagowali moi znajomi. "No ale jak to, TY? Zawsze taka spokojna, wesoła, spontaniczna...". No cóż. "Gdy rozum śpi, budzą się demony" :) A tak poważnie - żyjemy w coraz bardziej stresującym świecie, jest masa ludzi, którzy zagnębiają się swoimi problemami, nie wiedząc nawet, że ich spojrzenie może wywoływać właśnie jakieś zaburzenie, czy choroba.

Mnie znajomość diagnozy pozwoliła się uspokoić. Wiem już (i moi bliscy), że moje nastroje, niepewności, melancholie i strachy, są pochodną zaburzeń, a nie mojego paskudnego charakteru :) Mam szczerą nadzieję, że wytrwam w postanowieniu dbania o siebie, że nie zacznę znów żreć chipsów o 22giej, opychać się słodkościami i spędzać wieczorów na kanapie. Gdyby mi się odmieniło, to na szczęście ma mnie kto pilnować ;]

Wiecie co, zbadajcie się. Tak przy okazji wizyty z dzieckiem poproście o skierowanie. Nie zaszkodzi. A nuż pomoże?


P.S. Wracając do akcji #mamasiębada - należy wrzucić zdjęcie z hasztagiem, z jakąś swoją małą przyjemnością, rzeczą zrobioną tylko dla siebie. Jako, że moja karta SD zaliczyła zgon i średnio mogę robić zdjęcia, szepnę tylko, że udało mi się spełnić również 3 punkt z listy postanowień :)

wtorek, 23 lutego 2016

Łowcy duchów - recenzja gry


Wspominałam tuż po świętach, że skoro Jakub dostał pod choinkę Łowców Duchów, to na blogu pojawi się recenzja. Minął kawał czasu; zdążyliśmy przetestować grę na wszelakie możliwe sposoby, zatem - zapraszam do przeczytania! :)



Opakowanie zawiera Czaszkę - wyświetlacz, oraz blaster Pogromcy ;)



Ale po kolei :)

Czaszka otrzymała u nas imię Czesio. Czesio ma ukryty w jednym oku wyświetlacz. Okręcając główkę w różne strony (gracz nigdy nie wie, gdzie akurat się okręci), rzuca na ścianę obraz ducha. Duch jest raz mały, raz duży, w zależności od kąta, pod jakim pada wyświetlany obraz. Wyglądają one tak:



Zadaniem gracza jest ustrzelić jak największą liczbę duchów. Dokładnie tak, jak w dzieciństwie strzelaliśmy na Pegazusie w "Kaczki" ;) Są trzy poziomy - im wyższy, tym wymaga od gracza dokładniejszego celowania w duchy, które pojawiają się coraz szybciej. No i jest ich coraz więcej.


Po pięciu strzałach należy pamiętać, żeby przeładować broń (wcisnąć przycisk na górze obudowy), inaczej spust się zablokuje. To takie utrudnienie w grze :)






Wyświetlacz na blasterze pokazuje nam liczbę ustrzelonych duchów. Sam pistolet wydaje z siebie również dźwięki - zarówno odstrzału, jak i upiorną muzyczkę, oraz złowieszczy śmiech Ducha. 
UWAGA! Młodsze dzieci mogą się bać tych odgłosów!

Zasady są naprawdę proste, a zabawa fantastyczna. My akurat mamy zestaw na jeden pistolet, ale wiem, że jest też podwójny. Idealnie sprawdzi się na rodzinne wieczory, imprezy dziecięce. Dla dużych i małych, bo Ja i Rob graliśmy równie chętnie, co Troll :D 

Zestaw nie zawierał baterii. Kosztuje niemało, ale frajda jaką sprawia, była ostatecznie warta swojej ceny. Niezbyt podoba mi się jednak plastik, z którego jest wykonana zabawka. Niby jest w 100% bezpieczny, jednak oczekiwałam czegoś ładniejszego. 

Myślę, że zabawka będzie fajna dla dzieci około 7 lat. Graliśmy z młodszą dziewczynką, która niestety bała się sama strzelać do duchów, trochę przerażały ją dźwięki, ale za to ochoczo podskakiwała i dopingowała swojego Tatę w rozprawie z duchami :)

Podsumowując - polecam :) Gra uczy spostrzegawczości, zręczności, skupienia. Pełno przy niej śmiechu. Szkoda tylko, że można w nią grać dopiero po zmroku :)


środa, 10 lutego 2016

Dziecięcy Savoir-Vivre


Może i jestem trochę szurnięta, ale jak się człowiek od czasu do czasu bawi w XIX wiek w XXI-szym, to tzw. ogłada, dobre zachowanie stają się częścią codzienności i czymś, co życzyłabym sobie widzieć jako coś normalnego. 

Savoir vivre. Taki podstawowy, dnia codziennego. Kiedy uczyć go dzieci? Od samego początku? Czy lepiej poczekać kilka lat, bo i tak może nie zrozumieć?

Ja osobiście jestem zdania, że warto próbować od samego początku. Już nawet dopiero zaczynające mówić dziecko potrafi zrozumieć, że "Daj!" a "Poproszę" znaczy to samo, a jednak "Posie" jest grzeczniejsze. Nie ma co cisnąć, jednosylabowe wyrazy dzieciaczki zapamiętują szybciej, ale można dać przykład, rozwijając w ten sposób rozwój słownictwa.

Starałam się uczyć takich słówek małego jeszcze wówczas Jakuba. I chyba mi się udawało, bo słyszałam od rodziny ex męża pochwały za to (a to była rzadkość na skalę światową :P), że "posie" i "pasiamniam" (przepraszam) Kubuś zawsze mówi. Na rozpoczęciu roku w przedszkolu, czteroletni wówczas Bubu SAM! podszedł do obcej mu pani nauczycielki i z powagą spytał: "Pseplasam, cy mogłaby mi pani pokazać, gdzie znajdę kos na śmieci?", a następnie z zadowoleniem wyrzucił zasmarkaną chusteczkę do kosza. Słuchałam później przez tydzień od ludzi ze wsi o tym, jaki ten nasz Kubuś dobrze wychowany. 

Im starszy, im więcej miał kolegów, tym więcej "braku wychowania" przejawiał. Zdarzyło mu się beknąć i nie przeprosić, dłubać w nosie itp. Szlag mnie trafiał na takie zachowanie, bo owszem, maluszkowi można jak najbardziej wybaczyć odbicia, czy głośne bączki spod pampersa. Ale dzieci 5cio letnie, powinny być nauczone, że należy bezwzględnie przepraszać jak już się zdarzy, no i zachowywać się odpowiednio. Zwłaszcza w miejscach publicznych.

Siedzieliśmy sobie ostatnio w knajpce w Zakopanem. Dwa stoliki od nas usiadła rodzina z dwójką synów - nastolatkiem i - na oko - 9cio latkiem. Musiał  być starszy od Jakuba, bo czytał menu na głos lepiej od mojego Młodego. Tylko co z tego, jak krzyczał w niebogłosy (chyba cała sala słyszała), że on chce sok jabłkowy, po którym głośno bekał, śmiał się... Może innym ludziom to nie przeszkadzało, ale mnie osobiście tak. Jestem nauczona jeść w spokoju, mówić w takich miejscach normalnie a nie drzeć się na cały zycher. Głośne publiczne bekanie jest czymś absolutnie niedopuszczalnym. 

Może naprawdę przesadzam, może jestem trochę ĄĘ przez bibułkę, ale uważam, że powinnam wychować swoje dziecko na kulturalnego człowieka, a nie na chama i prostaka, który filozofię życia czerpie z tekstów disco-polo. I że dziecko powyżej 5ciu lat  naprawdę potrafi się dobrze zachowywać. Ale trzeba też dać przykład, wytłumaczyć trochę wcześniej zasady obowiązujące w restauracji, czy w ogóle przy stole. 

Wiecie, to naprawdę nie chodzi o to, żeby dzieci pomykały w spodenkach na kancik, nienagannie uczesane i zamiast się bawić - "wyglądały". Niech się bawią, szaleją, brudzą i łobuzują, ale niech znają powszechnie obowiązujące w społeczeństwie zasady. 

Pokażmy dzieciom, że kultura osobista procentuje. Maluchy z nas właśnie biorą przykład i to na nas spada odpowiedzialność za ich zachowanie. A jakie Wy macie podejście do tematu? Piszcie koniecznie!