sobota, 28 lutego 2015

Czy i kiedy horrory? O pierwszych kroczkach dzieci w świecie grozy.

  
Notkę dodaję w imieniu Adrianny ;)
Czy i kiedy horrory?
To trudne pytanie. Wszyscy wiemy, że psychika dziecka jest bardzo wrażliwa. Nie da się jednak zaprzeczyć, że dzieci (podobnie jak dorośli) często ciekawią się tym, czego się boją.


Moja siostra Anastazja, jak każda młodsza siostra, chodziła za mną i moim bratem jak mała przyklejka i chciała robić wszystko, co i my oraz oglądać wszystko, co i my oglądaliśmy. Mimo ogromnej różnicy wieku (kiedy się urodziła ja miałam 16, a mój brat 18 lat) i właściwie bardziej matczynej relacji niż siostrzanej pozwalaliśmy jej od najmniejszych lat uczestniczyć w naszym życiu i w spędzaniu wolnego czasu. Słuchała z nami muzyki, oglądała filmy. No właśnie, filmy… Oprócz morza bajek każdy chce czasem obejrzeć film. W mojej specyficznej rodzinie wszyscy lubią horrory i pokrewne gatunki. Pojawił się więc kłopot. Rozwiązywaliśmy go różnorodnie. Najczęściej oglądając z nią filmy, które miały łagodny wydźwięk (żadnych krwawych masakr), takie które już oglądaliśmy i wiedzieliśmy, czego się spodziewać oraz czy w ogóle się nadają (np. czy nie opierają się na wątkach erotycznych). Siłą rzeczy, trzeba się było przerzucić również na inne gatunki. Poszliśmy trochę w stronę fantasy, spodobało jej się to. Ponadto była umowa, jeden warunek na który mała musiała się zgodzić, by usiąść z nami do oglądania: dać sobie zakryć oczka i przewinąć sceny, których nie powinna oglądać – umowa niezależna od gatunku oglądanego filmu. Okazało się, że straszniejsze od horrorów są np. dramaty. Nie da się z tym dzieckiem obejrzeć jakiegokolwiek filmu, w którym ktoś gubi mamę (albo siostrę, brata), mama umiera albo odchodzi, albo płacze. Nie da się i już, są zbyt straszne.

Ulubione filmy: absolutnie ulubiony Van Helsing (2004), Minionki, Lilo i Stich, Harry Potter (wszystkie części), Władca Pierścieni, Dracula. Historia nieznana, Gwiezdne Wojny (wszystkie części), Jak wytresować smoka 1 i 2.
Seriale: Nie z tego świata (niektóre odcinki), Nawiedzone domy (niektóre odcinki); "Opowieści z krypty" i "Czy boisz się ciemności?". 

Zanim jednak były filmy, przewałkowaliśmy mnóstwo bajek. Najstraszniejsze okazały się …Muminki! Oczywiście ze względu na Bukę. Nie pamiętam już, ale Nastka miała wtedy chyba ze trzy, czy cztery lata. Uparcie oglądała po kilkadziesiąt razy odcinek z Buką, wciąż zakrywając oczka, albo chowając się w ramiona mamy, brata lub siostry. „Nastusiu, to może wyłączymy?” – „Nie!” – zawsze ta sama nieugięta odpowiedź. Oglądała to tyle razy, aż w końcu przestała bać się Buki, przeciwnie, bardzo ją polubiła i do tej pory lubi, a ma już prawie 9 lat.
Nastka od dawna wie, że potwory nie istnieją. Gdyby jednak przypadkiem gdzieś były, to doszła do wniosku, że i tak nie musi się bać, bo ma anioła stróża. Natomiast jeśli idzie o pająki i tym podobne, to zawsze jest starszy brat, którego można do takiego pająka zawołać. Nie ma jednak dziecka, które niczego się nie boi. Strach nie musi być jednak z pazurami i zębami. Można się bać, że mamę potrąci samochód… ale to już temat, który był poruszany na tym blogu.
Czy Wy pozwalacie dzieciom na oglądanie horrorów? Jeśli tak, to jakie to są filmy? Jeżeli nie, to czego się najbardziej obawiacie w związku z tym? Czekam na Wasze komentarze! :)

poniedziałek, 23 lutego 2015

O Matko-blogerko, to już setny post!


Naskrobałam tu dla Was i siebie już 100 postów. Zaplanowanych mam co najmniej 20 tematów do poruszenia, a i tak zawsze coś wyskakuje nowego. Ciekawa jestem, czy dopadnie mnie zmęczenie materiału, wypisanie, jakie spotyka niektóre osoby z blogosfery... Nie chcę tego, mam nadzieję, że nigdy mnie to nie trafi.

Spotykam się z wieloma negatywnymi opiniami o "instytucji", jaką są blogerki - że puste, że głupie, że wszystko zrobią dla darmowych próbek. No i nie sposób się z tym nie zgodzić, gdyż naprawdę wiele dziewcząt prowadzi swoje blogi w takim właśnie celu. Ale nie wolno wrzucać wszystkich do jednego worka! 

Co mi daje blogowanie? Przede wszystkim poznaję masę ciekawych osobistości, o istnieniu których nie wiedziałabym, gdyby nie blog. Naprawdę mam szczęście do ludzi, gdyż niemal wszyscy, których obserwuję to ciekawe osoby o głębokim wnętrzu, inteligentne, pełne pasji. Osoby, które naprawdę mają coś do powiedzenia, do pokazania światu. 

Mnie naprawdę nie zależy na liczbie odsłon, chociaż cieszę się bardzo, kiedy licznik pokazuje kolejne 10 tysięcy. Nie ważne ilu docelowo będę miała followersów - jeżeli choć jedna osoba będzie chciała czytać to, co piszę, będę pisać. Przede wszystkim robię to też dla siebie, udowadniam sobie, że to był dobry pomysł - sprawdzić, czy naprawdę jestem jedyną glaniastą matką w tym kraju, czy tych nieugłaskanych przez konwenanse jest więcej :)

Dostałam ostatnio komentarz (Anonimowy, jakże by inaczej), w którym zarzucano mi prowadzenie bloga dla zysku, jakim były koszulki dla mojego dziecka. Ubawiłam się, nie powiem, ale ustosunkuję się oficjalnie do owych słów, nie będę się bawić w pokrętne dyskusje w komentarzach. Tak, dostałam do testów koszulki dla dziecka, no i co z tego? Podobnie jak wcześniej dostałam torbę, książeczki i płyty z bajeczkami. No i co z tego? Czy ja to dalej sprzedaję, zarabiam na tym? Nie. Część z rzeczy zatrzymuję dla synka, inne przeznaczam na rozdania. Nie rozumiem zatem śmiesznego argumentu "też bym sobie mogła pisać i dostawać rzeczy na friko". A czy ktoś broni! Pisz! Tylko czy takie do końca za friko?

Hm... Blogowanie to dość czasochłonne zajęcie. Przygotowanie notki trwa w zależności - od pół godziny, do czasem nawet trzech. Mogłabym ten czas poświęcić na sen (piszę najczęściej nocami, następnie programuję publikację na daną godzinę). Mnie sprawia to przyjemność, piszę dla samego faktu "rozmowy" z Wami. Nie wypisuję maili do różnych firm z żebraczymi prośbami o produkty, rabaciki i inne pierdoły. Nie. Zawsze to fajowe firmy zgłaszają się do mnie, a wiedzieć musicie, że przyjmuję średnio 1/3 propozycji.

Jeżeli naprawdę kogoś boli fakt, że moje dziecko ma nową DVD z bajkami, bądź koszulkę - to wyłącznie jego problem - zwłaszcza, że każda współpraca zawiera w sobie elementy konkursowo-rozdaniowe, na których każdy może skorzystać. Nie obchodzi mnie szczerze fakt, że ktoś wypomina coś mojemu dziecku... Zobaczcie, na jak niskim poziomie trzeba być, aby napisać coś takiego :)

Na moim blogu nie widzicie reklam - a mogłabym zarabiać na waszym klikaniu na nie. Póki co nie jestem na to zdecydowana, chociaż radzą mi to wszyscy z Was, z którymi się w jakiś sposób bliżej poznałam za sprawą MwG, a którzy znają moją sytuację. Nie wykluczam tego, że w przyszłości zdecyduję się na jakąś blogową formę zarobku, ale jeszcze nie teraz ;)

No, to się zła, podstępna i chciwa Ragana wypisała.
A teraz idę przeczytać dziecku książeczkę ;)


  
Zdjęcie stare, ale tak zazwyczaj wyglądam(y) przed komputerem :D

czwartek, 19 lutego 2015

Recenzja koszulek od Rock2weaR


Hej! Mam wrażenie, że ostatnio strasznie zaniedbuję tego bloga. Chciałabym pisać częściej, ale jestem w dość stresującym momencie mojego żywota. Miałam nadzieję, że da się niektóre sprawy załatwić polubownie, ale niestety zmuszona byłam wytoczyć ciężkie działa... ech. 

Dzisiaj mam dla Was recenzję ciuszków pochodzących z  nowego sklepu z rockowymi ciuszkami. Oczywiście mówię tu o opisywanym niedawno Rock2weaR :) Pointę popełnię na samym początku - brać w ciemno. A jak nie ufacie, to przeczytajcie poniższy opis :P

Zaprezentuję Wam trzy bluzeczki. Głównym testującym oczywiście był pan Jakub i pani Pralka. Ja tylko obserwowałam :P

http://rock2wear.com/produkt/rockowy-dzieciecy-t-shirt-czarnyz-grafika-oko/

http://rock2wear.com/produkt/rockowy-dzieciecy-t-shirt-bialy-z-grafika-z-czaszka-dzentelmenem/

http://rock2wear.com/produkt/rockowy-dzieciecy-longsleeve-bialy-z-grafika-ready-to-rock/


 Te trzy sympatyczne ubranka wzbogaciły szafę mojego dziecka. Młodemu bardzo spodobały się grafiki, są według niego bardzo MROKOWE (słowotwórstwo: mroczne + rockowe; ol rajts rezerwed). Przesyłka doszła w przeddzień balu w przedszkolu, na którym Jakub zapragnął być rockmanem, zastanawiał się zatem który z ciuszków włożyć. Postawiliśmy na względy praktyczne - wybraliśmy tę na długi rękaw. Oto, jak mały prezentował się na balu :)






Przejdźmy do szczegółów. Koszulki doszły idealnie złożone, co osobiście bardzo lubię. Pracując w sklepie odzieżowym nie raz widziałam, w jak koszmarnym stanie mogą przychodzić paczki z odzieżą... Tutaj nawet PPD rozpłynęłaby się z zachwytu :P

Każde ubranko opatrzone jest logiem sklepu na karku oraz "metkami" na rękawkach.





Mnie się osobiście bardzo ten pomysł podoba. Niektórzy kupują szmaty z "modnymi" metkami zagranicznych firm, to dlaczego by nie promować dobrze ro(c)kującej, polskiej firmy? ;)

Do każdej bluzeczki dołączona była metka/etykietka z nazwą firmy i niezbędnymi informacjami o firmie, tabelą rozmiarów i instrukcją prania, a także informacją, że jest to produkt bezpieczny i polski.


Biała bluzka + przedszkolak? Oczywiście, że skończy się to solidnie pociemniałymi mankietami ^^ Bluzeczka wyprana w 30 stopniach, na lewej stronie, wysuszona w stanie rozwieszonym przeszła test prania zwycięsko :) Lubię bawełniane rzeczy za to, że fajnie wracają do pierwotnego kształtu, tutaj pomimo solidnego wirowania, sucha bluzka wymagała ledwie kilku ruchów żelazkiem, aby wyglądać jak nowa. 

Troszeczkę o samej bawełnie. Jest ona 100%, pochodząca od polskiego producenta. Nie znam się na gramaturach, ale jest to cieńsza wersja tej tkaniny. Kubie było bardzo wygodnie, a wiedzieć musicie, że nie odpuścił ani jednego tańca na przedszkolnej zabawie i skakał jak szalony. 

Co by tu jeszcze... aha, nadruk! Nadruk jest gładki, lekko śliski w dotyku, bardzo przyjemny i solidny. Są to przede wszystkim autorskie projekty, nie do znalezienia nigdzie indziej ;) Są one nadrukowane w takim "kwadracie" - nie sam wzór jest nadrukowany, ale jeszcze jakby fragment przezroczystego tła. W zasadzie zauważyłam to dopiero teraz na zdjęciu czarnej koszulki i zaczęłam macać tkaninę, żeby przekonać się, czy mam omamy, czy tak jest faktycznie :P

Podsumowując - polecam. Po prostu polecam :)

piątek, 13 lutego 2015

Kontrowersja zakazana - kilka słów o pewnym zdjęciu.


Kilka dni temu dostałam na naszą fejsbookową skrzynkę niesamowite zdjęcie. Było bardzo klimatyczne, mocne, kontrowersyjne, genialne. Zaczęłam ładować na walla, zgodnie z życzeniem mamy, która zdjęcie przysłała, a tu ZONK. Serwis uniemożliwił mi dodanie go ze względu na "niewłaściwe treści", które mogą obrażać innych. 

Po chwili konsternacji spróbowałam jeszcze raz, ale zagrożono mi banem/usunięciem strony. Rozłożyło mnie to na łopatki. FB pełen jest obrzydliwych, niemal pornograficznych zdjęć, pełen fanpage'ów obrażających innych i obsługa NIC z tym nie robi, a ja mam problem z dodaniem zdjęcia tylko dlatego, że NIEKTÓRYM się ono może nie spodobać?

Nie dodam tego zdjęcia tutaj, gdyż mama wyraziła zgodę na publikację na fb, o blogu nie pisałyśmy, więc nie wiem, czy na tę formę by się zgodziła. Ale opiszę Wam je. Przedstawia przepiękną gotycką dziewczynkę trzymającą Biblię Szatana. 

SZOK! Niedowierzanie! Obraza! Inkwizycja! - owszem, takie głosy się na pewno podniosą, ale nie u nas. Mama w Glanach jest (jest i będzie!) miejscem, gdzie jesteście akceptowani w 100% tacy, jacy jesteście. Nieważne jest wyznanie (tak, nadmienię od razu, że satanizm to religia a nie sekta, LEGALNA i ZAREJESTROWANA), wygląd, orientacja czy kolor skóry. U nas dzielimy się tylko Waszym poglądem na rodzicielstwo, nie oceniamy! 

FB nie pozwolił upublicznić tego zdjęcia. Podobnie jak nie pozwalał upubliczniać słowiańskiej Swarożycy (naziści przejęli swastykę jako swój symbol, JEDNAK JEST ONA SYMBOLEM SOLARNYM, JAK NAJBARDZIEJ POZYTYWNYM). Skoro takie kwestie są traktowane wybiórczo, trudno. Sama nic nie zwojuję. 

Po co to piszę? Abyście nie mieli wątpliwości, co do moich intencji. Wierzę w Boga katolickiego, ale potrafię szanować człowieka za jego człowieczeństwo. Nie patrzę na nikogo przez pryzmat wyznania. Nie nawracam, nie wtrącam się. Nie miejcie mi za złe, jeżeli kiedyś z jakiegoś powodu nie opublikuję Waszego zdjęcia u siebie. Nawet nie byłam świadoma istnienia takiej cenzury...

Pozdrawiam \m/


poniedziałek, 9 lutego 2015

We wear rock you! - Rock2wear! Nowy sklep dla rock'owych dzieciaków!


Odpalcie sobie ten fantastyczny kawałek i przeczytajcie, cóż mam Wam do zaprezentowania! :D



Na co najczęściej marudzimy? No na co? Oczywiście, że na brak alternatywnych ciuszków! Sklepów z fajnymi ubrankami dziecięcymi jak kot napłakał, a przynajmniej takich z w miarę normalnymi cenami. 

Taraaaaam! Powstał całkiem niedawno kolejny internetowy sklep, którego oferta przeznaczona jest dla rodziców wychowujących swe pociechy w brzmieniu rocka!




ROCK2WEAR - przełamuje stereotypy. Tylko tu moda spotyka się z muzyką, klasyka z innowacją,
a dobry gust z odrobiną szaleństwa - tak piszą sami o sobie. - Nasze serce bije w rytm rock’n’rolla. A to przecież tempo, które nie uznaje nudy. Wyrazista kreacja, mocna inspiracja, radość tworzenia, przyjemność noszenia, a do tego pozytywna energia – zapraszamy na jazdę bez trzymanki z Rock2weaR!

Wystarczy wejść na stronkę, aby to zauważyć :D Pierwsze, co rzuca się w oczy to hasło WE WEAR ROCK YOU! - parafraza utworu, którego właśnie słuchacie! Oraz szczegół, który mnie rozłożył na łopatki - kursorek w kształcie rogów \m/ - mała rzecz, a Ragana zaciesza ;]


Ale nie o kursorkach będę wszak pisać, bo podstawą jest asortyment. Rock2wear na początek postawili na niebanalną odzież dziecięcą z zamiarem rozszerzania oferty o ubrania dla dorosłych oraz o akcesoria. Bodziaków i koszulek dla maluchów Ci u nich póki co dostatek - nic tylko kupować. I pierwsze co się rzuca w oczy - czerń i biel. Ale za to jak ozdobiona! Takich grafik nie znajdziecie nigdzie indziej - są to bowiem autorskie projekty.

Wyróżniają nas autorskie wzory nadruków wykonane metodą druku DTG (Direct to Garment), czyli bezpośredniego druku cyfrowego na tekstyliach. Dzięki temu wszystko, co można zaprojektować na komputerze i wydrukować na kartce papieru, jesteśmy w stanie przenieść na materiał, tworząc unikalną odzież. Wszystkie nadruki wykonujemy sami, a każde zamówienie traktujemy indywidualnie.


Super, prawda? To pozwala na naprawdę ciekawe graficznie rozwiązania. Odzież dziecięca jest nie tylko zbyt często różowo-niebieska, o zgrozo, ale również "ozdobiona" strasznymi banałami. Nie wiem jak Wasze dzieci, ale mój synek czasem marudzi, że samochód/ludzik/cokolwiek, nadrukowany na ubranku, jest "zbyt dzidziusiowy". No i w większości przypadków ma rację... 

Rock2wear nie idzie na łatwiznę - grafiki są naprawdę fajne, mroczne mniej lub bardziej, zatem każdy znajdzie coś dla siebie. Z resztą popatrzcie sami!







Zdjęcia należą do ROCK2WEAR



Ważne jest też to, że sklep Rock2wear gwarantuje iż materiały pochodzą od polskich producentów, są bezpieczne dla niemowląt i w stu procentach naturalne (100% bawełna), przez co przyjazne dla człowieka.

"Rock2weaR - świetnie rockująca odzież!"

Zgodzicie się? ;)

wtorek, 3 lutego 2015

Karnawał dawniej i dziś oraz o tym, jak się nie dać komercji ;)


No co tu kryć - przecież sami w dzieciństwie podskakiwaliśmy na samą myśl, że bal karnawałowy już tuż tuż. Ostatnio z moją grupą na angielskim wspominaliśmy kim byliśmy na naszych własnych balach karnawałowych, a jako że jest dość duża różnica wieku, to mogłam zauważyć, jak zmieniały się trendy w kostiumach dziecięcych na przestrzeni lat.

Dawniej było się policjantem, strażakiem, żołnierzem, lekarką, nauczycielką. Później przyszedł czas na bohaterów filmów i bajek - Pippi, kowbojów, którzy wraz z biegiem lat zostali wyparci przez batmana, księżniczki, wróżki i tym podobne. 

Karnawał i bale przebierańców nie jest wymysłem naszych czasów, wystarczy kilka chwil by znaleźć informacje na temat tradycji karnawału wiedeńskiego, czy nawet jeszcze starszych. Kiedyś znalazłam takie oto ryciny/zdjęcia: 

1897        
ok. 1880
Rycina bez podanej daty, gorset mi mówi, że to może być 1870-1890 :P
No i to takie gotyckie przecież przebranko ^^

Wszystkie są co prawda z XIX wieku, jednak to doskonały dowód na to, że karnawał to rzecz, która pozostała niezmienna z dawnych czasów - zmieniła się tylko forma świętowania.


Dzisiaj przebierają się głównie nasze dzieci. My sami albo nie mamy okazji, albo załącza nam się marudzenie (łe, gdzie ja tam, za stara jestem, obciach i w ogóle). Ale chyba niesłusznie. Co nam szkodzi raz do roku zaszaleć? Poświęćmy jedną sobotę czy niedzielę na zabawę z dziećmi, poprzebierajmy się - na pewno będą miło zaskoczone widząc, jak fajnie rodzice potrafią się bawić.


Kostiumy. Choćby nam było wszystko jedno, za co będzie malec przebrany (bo przecież nasze dziecko i tak jest najpiękniejsze ;)) to trzeba pamiętać, że jemu nie. Oczywiście zależy to od grupy wiekowej, bo trzylatek nie zwróci aż takiej uwagi na kostium, jak sześciolatek. Przynajmniej mój domowy Przypadek jest dość... osobliwy ;) 

Najważniejszy jest POMYSŁ. Kiedy już go ostatecznie mamy, połowa sukcesu za nami ;) Ja zrobiłam z Trollem listę, taką burzę mózgów wszelkich kostiumów jakie mu się podobają. Był na niej i lekarz i pirat, Spiderman, Lord Vader, Harry Potter, duch, wampir, zombie, kapitan, policjant, wiking... Drogą eliminacji (na skład których wchodziły możliwości zdobycia elementów kostiumu oraz kwestie finansowe), Młody dokonał wyboru... Jakiego? ;)









Zdjęcia z: Mega Stroje, Maskowy Bal, Moda.net Kostiumy Karnawałowe.


Mój syn będzie rockmanem ^^ I absolutnie nie było żadnego nacisku z mojej strony. Koszty "kostiumu" są zatem dla mnie zerowe - ot wskoczy w swoje ciuszki, mama dołoży parę swoich dodatków, zrobi fryzurę. Kusił go też Zombiak, ale konieczność pomalowania buzi przeważyła sprawę. To dopiero dziwny przypadek - matka animatorka, ma sto tysięcy farbek do buzi, a syn nie lubi! Ale w porządku, niechaj zatem będzie rockman. Z gitarą oczywiście ;>

Wiecie co zauważyłam? Że rodzice zaczynają doceniać fakt, że liczy się oryginalny pomysł, a nie powielanie najnowszych trendów. Spiderman - super kostium, jeszcze wypchany pianką, żeby 4ro latek miał wielkie mięśnie! Ale po co? Przecież w tej piance się ugotuje podczas tańców i zabawy. Poza tym będzie jednym z 15tu innych spidermanów, to gwarantowane. Dlatego coraz częściej rodzice przebierają dzieci po prostu za urocze zwierzątka - króliczki, kotki, kaczuszki - nie ma w tym nic komercyjnego, a moim zdaniem jest to naprawdę fajne i urocze. Zaimponowała mi koleżanka. Prosiła o pomoc, gdyż jej córeczka nie miała być na 50tą księżniczką na balu, a... łuczniczką! To jest mega twórcze! 

LARPy - przecież to źródło inspiracji w okresie karnawałowym. Przebranie nie musi być niczym tandetnym i kiczowatym. Kostium karnawałowy może być naprawdę czymś fajnym, estetycznym i klimatycznym. Wojownicy, elfy, magowie, stwory - fajna sprawa!

Zdobycie kostiumu wcale nie musi być drogie - lumpeksy są naprawdę skarbnicą i gotowych kostiumów (w tym czasie) i materiałów, które możemy wykorzystać do stworzenia czegoś niebanalnego. Szybko, tanio i ekologicznie. Poza tym w naszym domu zawsze znajdzie się coś, z czego da się zrobić przebranie. Koszula taty plus stetoskop z ciśnieniomierza pożyczony od babci - i mamy lekarza. Podarta bluzka, odrobina farbek do buzi - mamy żywego trupa! Kolorowe skarpetki, sukienka, namalowane piegi i warkoczyki - oto Pippi. Kapelusz i krawat taty plus marynarka i szkło powiększające - detektyw jak się patrzy!

Niekoniecznie musimy iść w mrok i czerń - a może to właśnie śmieszna okazja, żeby przebrać się "normalnie"? Dla mnie największym wyzwaniem byłoby ubranie różowej bluzki i kolorowej spódniczki, zaplecenie marchewkowych warkoczy i stanie się kolorową Pippi. Wampirzycą czy wiedźmą jestem na co dzień - kto wie, jak sama zaszaleję ;)

Rodzice, jeżeli kostium jest dla Waszego dziecka sprawą naprawdę ważną - pomóżcie, sugerując rozwiązania naprawdę prostsze i o wiele bardziej oryginalne. Przecież o to chodzi, żeby się wyróżniać ;) Ale jeżeli maluch chce  być Transformersem I JUŻ, chce być Anną lub Elzą z Krainy Lodu BO TAK CHCE, nic na siłę. To ich dzień, zapamiętają go na całe życie - niech będą zadowolone i szczęśliwe, to jest najważniejsze ;)