wtorek, 31 maja 2016

Walczymy o Kubusia - Rockowy Rodzinny Piknik Charytatywny


Znamy się z Sariel niezbyt długo, ale dzisiaj cieszę się, że stanęłyśmy na swojej drodze. Gdyby nie ona, nie dowiedziałabym się o fantastycznej inicjatywie, jaką jest wspomniany w tytule piknik charytatywny.


Wiecie, że mam miękkie serce. Że tam gdzie mogę, staram się pomóc. Choćby nagłośnieniem czyjegoś apelu - tak jest i tym razem. Niech ta notka będzie takim kopem z glana, mobilizującym do wspólnej pomocy.


Przeczytajcie historię chłopca, imiennika mojego syna (tak, dlatego nawet nie zastanawiałam się z zaangażowaniem w całą akcję):



Dzień dobry. Mam na imię Kuba. Przyszedłem na świat w zagrażającej życiu zamartwicy, a mimo to otrzymałem 10 punktów. Bez słów wyjaśnień razem z mamą po kilku dniach wróciliśmy do domu. Mijały dni, które przeradzały się w tygodnie. One zaś tworzyły miesiące. I tak skończyłem pół roku. Coś jednak zaniepokoiło moją mamę: nie podnosiłem główki, usta nie układały się w pogodny księżyc, a ciało stało się wiotkie, osuwając się między palcami mojej mamy. Odbyłem więc liczne badania, kontrole a moja mama musiała słuchać słów lekarzy, które boleśnie jak cierń wbijały się w jej serce, nie pozwalały o sobie zapomnieć:
- niedotlenienie okołoporodowe jest przyczyną niedowładu lewej strony mojego ciała
- uszkodzenie nerwu wzrokowego
- wyciek w serduszku oraz obniżone napięcie mięśniowe sprawiają, że podczas spacerów osuwam się z nóg i bezwiednie tracę kontrolę nad swoim ciałem.
A JEDNAK CHODZĘ!
Moja mama wszędzie za mną podąża, robi wszystko żebym jak najlepiej się rozwijał, jak najszybciej doganiał rówieśników a gdy znajdzie światełko w tunelu, szuka pomocy: na diagnozę, na metodę, na rehabilitację, na turnusy...



Ekipa warszawskiego ClubRock : Klub Ludzi Rocka oraz przesympatyczna Edie organizują piknik pełen muzyki, super fantów i atrakcji dla dorosłych oraz dzieciaków; dochód z niego zostanie przeznaczony na pomoc Kubusiowi. 




Pośród wielu przedmiotów przeznaczonych na licytację znajdzie się również eko torba z moim logo, koszulka dla rockowego taty (w sam raz na dzień ojca!) i rockowe bodziaki z Jasonkiem od I rock, w którym pracuję, a także EPkę "Left for Vultures" grupy Departed, w której to drze ryjca na wokalu mój Większy Przystojny. 



Wjazd to jedyne 10 zł (cegiełka), ale można dać więcej!



Warszawa, 5 czerwca 2016, godz. 12-22. Rock Stage by ClubRock, ul. Kolejowa 8 - rzut beretem od Pl. Zawiszy.


 
Ja też tam będę! 


 
Jeśli ktoś nie będzie mógł być na pikniku, a chciałby wesprzeć akcję, podaję nr konta:
Bank BPH S.A.
15 1060 0076 0000 3310 0018 2615
Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
Tytułem:
15509 Piecyk Jakub - darowizna na pomoc i ochronę zdrowia



LINKI:

http://procentdlakubusia.blogspot.com - blog o Kubusiu,


 https://www.facebook.com/dlakubusia/ - fanpage, na którym znajdziecie relację z zabiegów i życia codziennego Kubusia,


https://www.facebook.com/events/998953543522274/ - link do wydarzenia (Pikniku).
 

wtorek, 17 maja 2016

Szczęśliwe dzieci trzepaka


Kiedy jestem pytana o swoje dzieciństwo, wcale nie mam przed oczami rodzinnego domu, ogródka, rodzinnych wakacji... Może dlatego, że wychowałam się w bloku, a na wakacjach z prawdziwego zdarzenia praktycznie nie byłam.

z: www.wysokieobcasy.pl
 
Blokowisko... Szare? Smutne? Popisane grafitti ściany z wielkiej płyty? Nie, wcale nie. Chcę Wam opowiedzieć, że dzieciństwo na przyblokowym podwórku może być pełne śmiechu, kolorów i zabaw.

Zawsze współczułam dzieciom z domów jednorodzinnych. Dlaczego? Bo one miały własne podwórko, ale tak mało dzieci na nim! Musiały w moim mniemaniu bawić się same, tylko okazjonalnie pojawiali się u nich koledzy. U nas podwórko było NASZE. Około 30 dzieci w różnym, jednak bardzo zbliżonym wieku. Zawsze znalazł się ktoś do zabawy. 

Rywalizowaliśmy najpierw o piaskownicę, następnie o huśtawki, później o trzepak, oraz o ławkę przy mojej klatce. Razem dorastaliśmy, towarzyszyliśmy sobie w najróżniejszych etapach życia, kłóciliśmy się... Pamiętam, że ówcześni 13-14 latkowie opiekowali się nami - dziewczyny były Paniami Nauczycielkami, lub Mamami, a młodsi ich dziećmi. I naprawdę się wówczas uczyliśmy - a to prostego liczenia, a to sznurowania butów. 

Kiedy miałam jakieś 4 lata, urządziliśmy w piwnicznej pralni (taaak, były takie pomieszczenia) dyskotekę. Tańczyliśmy do ówczesnych hitów, bo stała się rzecz niesamowita! Bliźniaczki przyniosły radiomagnetofon!

Szaleliśmy na rowerach aż się kurzyło, bo przecież byliśmy wówczas policjantami goniącymi złodziei. Wielokrotnie wyjeżdżaliśmy poza teren podwórka, znikaliśmy z pola widzenia, nasze mamy jakoś nie panikowały. Skakaliśmy na skakankach, graliśmy w zegar i gumę. Właziliśmy na trzepak robiąc fikołki, gwiazdy, również na górnej poprzeczce. Nikt nigdy nie spadł, nikt sobie nic nie złamał. Nie stały pod nami mamy asekurując nas. Nauczyliśmy się schodzić tak, by nie zlecieć. Byliśmy zahartowani na zdarte łokcie i kolana. Graliśmy w Dwa ognie na ulicy - takiej dla samochodów, ale jak tylko jakiś jechał, zgodnie schodziliśmy na chodnik. Dziewczyny kradły chłopakom piłkę i urządzaliśmy wielką gonitwę - rugby. Pamiętam, że nie miałam litości i gryzłam kolegę, jak tylko próbował zabrać mi piłkę. Nazwał mnie potem Piranią ;> Nie biegliśmy co godzinę umyć rąk. Mamy rzucały nam kompot w plastikowych butelkach z balkonu. Czasem rzuciły na loda, po którego sami szliśmy do sklepu, nie ważne, że mieliśmy dopiero 5 lat. Pewnie wyglądały na nas z okna, ale nie ingerowały w nasze sprawy.

Kiedy padało hasło "Kto ostatni przy drzewie ten szuka!" zrywaliśmy się, gdziekolwiek byliśmy i biegliśmy całą chmarą przez podwórko, pod ulubione drzewo. Chowaliśmy się między samochodami, w piwnicach, klatkach, krzakach, niejednokrotnie niszcząc zieleń. Później, jakby za karę wycięto nam nasze ukochane drzewo. Zmieniliśmy zatem bazę na murek, na którym siedzieliśmy niczym gawrony śpiewając głupie piosenki. 

Kamienie... Ze stosu kamieni układaliśmy domki, pokoje, były tam i stoły i kanapy, zamiataliśmy je gałęziami i gotowaliśmy zupę z piachu i "glizd" brzozowych. Kiedy nieco dorośliśmy, na kamieniach było ognisko. Nie było wakacji bez ogniska! Szliśmy wcześniej całą gromadą po szyszki, jak jeden mąż - kto nie zbierał, nie miał prawa wstępu na nie. Piekliśmy kiełbaski i to były jedyne noce, kiedy pozwalano nam siedzieć niemal do północy na dworze... 

Jednak w końcu podwórko zaczęło pustoszeć. Zostało może na nim 6cioro dzieci. Ale i one zniknęły. Nikt już nie biegł pod drzewo, nie grał w dwa ognie, nie siedział na ławce. Dorośliśmy. 




Ale nie smućmy się! Teraz te dzieci mają swoje dzieci. Teraz one biegają krzycząc na siebie, i - choć są dopiero na etapie piaskownicy - mają dużą szansę na podobne wspomnienia. 


Bo wiecie - zmieniły się czasy. Teraz zamiast kluczy na sznurkach dzieciaki noszą smartfony w dizajnerskich nerkach. Ale ja i tak widzę, że gdy jeżdżą na rowerze są tymi samymi policjantami co my. Chociaż inaczej nazywają figury na trzepaku i mają własne zabawy - istnieją w naszych dzieciach dokładnie te same pragnienia zabawy, co w nas kiedyś. Głęboko wierzę i wiem to, że wciąż są podobne podwórka do tego z moich wspomnień. Bo wystarczy, iż wyjrzę za okno, spojrzę pięć pięter w dół, a na pewno pomiędzy zielenią drzew dojrzę jakąś dziewczynkę rysującą kredą po betonie, starającą się ubarwić szare podwórko na warszawskiej Pradze.


czwartek, 5 maja 2016

Majówka rockowo-historyczna 2016!


Czy wiecie, że tegoroczna majówka była moją PIERWSZĄ wyjazdową majówką w życiu? Tak, nigdy wcześniej nie miałam okazji wyjechać z tej okazji na urlop ;) Padło na Kazimierz Dolny, gdzie zaprosiła nas Mama Rockowa - świętowaliśmy przy okazji urodzinki dwóch małych Ajroczków.

Kazimierz Dolny to przepiękne miasto, słynne z Festiwalu Filmowego. Nie da się nie zakochać w tym miejscu - te wszystkie domki, wzgórza, ruiny... Uwielbiam taki klimat. Jechaliśmy z Warszawy trochę ponad 2,5 godziny, by na miejscu zastać chmury i deszcz. Ale to akurat nie przeszkadzało nam aż tak bardzo - zahartowaliśmy się w śnieżnych wędrówkach po górach minionej zimy :)


Widok ze wzgórza Trzech Krzyży
 Wdrapaliśmy się na wzgórze Trzech Krzyży - wstęp jest płatny 2 zł, jednak dopiero płaci się "na mecie" - droga na wzniesienie może zasapać. Widok jednak jest wart tej mini wspinaczki. Uwaga! Z wózkiem tam nie wjedziecie.

Następnie udaliśmy się do ruin zamku. Wstęp - 5 zł, dzieci do 7go roku życia wchodzą za darmo. Pozostałości zamku są imponujące, ale ciekawa jest też ekspozycja "w lochach", jak określił to Kuba. Znajduje się tam kilka artefaktów z wykopalisk, ceramika, broń, ale również replika XIII wiecznego cotte (ubiór damski - nie mogłam się powstrzymać, aby dłużej nie rzucić okiem), a także plansze z komiksem przedstawiającym legendę zamku i opowiadającym historię miłości króla Kazimierza i prostej Żydówki.






Z ruin zamku udaliśmy się do oddalonej o kilkadziesiąt metrów baszty - wejście na nią jest strome, należy uważać! Jednak na szczycie można dowiedzieć się, jak wyglądało porozumiewanie się chorągwiami, a przede wszystkim popodziwiać przepiękny Kazimierz Dolny i zamek z naprawdę sporej wysokości.




Widok z baszty.

Po wspinaczkach udaliśmy się na rynek. Dotychczas nie wiedziałam, że symbolem Kazimierza jest kogut upieczony z ciasta nieco przypominającego chałkę, ale mniej słodkiego. Oczywiście pożarliśmy takiego ;] kupiliśmy sobie pamiątkowy magnes na lodówkę (mamy taki zwyczaj, że z każdej podróży do nowego miejsca przywozimy sobie magnes) i poszliśmy nad Wisłę, gdyż lada chwila mieliśmy udać się do oddalonego o kilka kilometrów Męćmierza - najpiękniejszej wsi na jakiej w życiu byłam.





W Męćmierzu świętowaliśmy urodzinki Nikosia i Bruneczka - było bardzo wesoło, rockowo (dzieciaczki skakały do klasyków jak AC/DC), pysznie. Dawno nie miałam okazji być na czyimkolwiek tak dużym zjeździe rodziny i przyjaciół, tym milej, że moje szefostwo pomyślało i o nas :) Jako przybrana ciocia chłopaczków nie mogłam się nie zjawić! :D

Ja, Bruno i Mama Rockowa! :D

Po zjedzeniu kilogramów pyszności i noclegu poszliśmy zwiedzić wioskę - poniżej macie widok na Wisłę ze wzgórza zwanego Albrechtówka. Raj dla wszystkich kochających naturę. Sama wieś ma jeszcze atrakcję w postaci wiatraku i zabudowy głównie złożonej z chatek z początków XX wieku. 


Widok z Albrechtówki

 Przed powrotem do Warszawy zahaczyliśmy jeszcze o zamek w Janowcu, do którego należało przeprawić się promem. Świetna atrakcja! ;)


Z Bruneczkiem robiliśmy statkom "pa pa"


Ramoneskowy Skład Chłopakowy!

Ruiny w Janowcu były jeszcze bardziej okazałe, niż te w Kazimierzu - uwielbiam zamki, a tak niewiele ich widziałam... Sam zamek jest późniejszy niż ten pierwszy, był przebudowywany na przestrzeni wieków. W jednej z sal można zobaczyć makiety z rekonstrukcjami pierwotnych wersji, obrazy, a również znaleziska archeologiczne. Dziedziniec jest przepiękny, co widać na zdjęciach niżej. Przy zamku działają rekonstruktorzy, którzy w tę majówkę przygotowali program "Majówka z Kmicicem", o czym opowiada krótki filmik wklejony pod fotkami.







Kaś mistrzyni głupich min :O








Lubimy historię i wiedząc, że Kubę również interesują zamki, walki na szable i piękne widoki, uznaliśmy tę majówkę za bardzo udaną. Wydaje mi się, że "program" wypadu, który stworzyło samo miejsce okazał się atrakcyjny dla chłopca w jego wieku. Nikoś i Brunek również byli zainteresowani lycezami i konikami :) No a my odpoczęliśmy jak nigdzie dotąd.


Co polecicie nam na następny raz? Gdzie jest równie dużo historii, co natury? Może macie obok siebie jakieś urocze miejsce? Piszcie w komentarzach - sprawdzimy, a może i przyjedziemy!