wtorek, 17 maja 2016

Szczęśliwe dzieci trzepaka


Kiedy jestem pytana o swoje dzieciństwo, wcale nie mam przed oczami rodzinnego domu, ogródka, rodzinnych wakacji... Może dlatego, że wychowałam się w bloku, a na wakacjach z prawdziwego zdarzenia praktycznie nie byłam.

z: www.wysokieobcasy.pl
 
Blokowisko... Szare? Smutne? Popisane grafitti ściany z wielkiej płyty? Nie, wcale nie. Chcę Wam opowiedzieć, że dzieciństwo na przyblokowym podwórku może być pełne śmiechu, kolorów i zabaw.

Zawsze współczułam dzieciom z domów jednorodzinnych. Dlaczego? Bo one miały własne podwórko, ale tak mało dzieci na nim! Musiały w moim mniemaniu bawić się same, tylko okazjonalnie pojawiali się u nich koledzy. U nas podwórko było NASZE. Około 30 dzieci w różnym, jednak bardzo zbliżonym wieku. Zawsze znalazł się ktoś do zabawy. 

Rywalizowaliśmy najpierw o piaskownicę, następnie o huśtawki, później o trzepak, oraz o ławkę przy mojej klatce. Razem dorastaliśmy, towarzyszyliśmy sobie w najróżniejszych etapach życia, kłóciliśmy się... Pamiętam, że ówcześni 13-14 latkowie opiekowali się nami - dziewczyny były Paniami Nauczycielkami, lub Mamami, a młodsi ich dziećmi. I naprawdę się wówczas uczyliśmy - a to prostego liczenia, a to sznurowania butów. 

Kiedy miałam jakieś 4 lata, urządziliśmy w piwnicznej pralni (taaak, były takie pomieszczenia) dyskotekę. Tańczyliśmy do ówczesnych hitów, bo stała się rzecz niesamowita! Bliźniaczki przyniosły radiomagnetofon!

Szaleliśmy na rowerach aż się kurzyło, bo przecież byliśmy wówczas policjantami goniącymi złodziei. Wielokrotnie wyjeżdżaliśmy poza teren podwórka, znikaliśmy z pola widzenia, nasze mamy jakoś nie panikowały. Skakaliśmy na skakankach, graliśmy w zegar i gumę. Właziliśmy na trzepak robiąc fikołki, gwiazdy, również na górnej poprzeczce. Nikt nigdy nie spadł, nikt sobie nic nie złamał. Nie stały pod nami mamy asekurując nas. Nauczyliśmy się schodzić tak, by nie zlecieć. Byliśmy zahartowani na zdarte łokcie i kolana. Graliśmy w Dwa ognie na ulicy - takiej dla samochodów, ale jak tylko jakiś jechał, zgodnie schodziliśmy na chodnik. Dziewczyny kradły chłopakom piłkę i urządzaliśmy wielką gonitwę - rugby. Pamiętam, że nie miałam litości i gryzłam kolegę, jak tylko próbował zabrać mi piłkę. Nazwał mnie potem Piranią ;> Nie biegliśmy co godzinę umyć rąk. Mamy rzucały nam kompot w plastikowych butelkach z balkonu. Czasem rzuciły na loda, po którego sami szliśmy do sklepu, nie ważne, że mieliśmy dopiero 5 lat. Pewnie wyglądały na nas z okna, ale nie ingerowały w nasze sprawy.

Kiedy padało hasło "Kto ostatni przy drzewie ten szuka!" zrywaliśmy się, gdziekolwiek byliśmy i biegliśmy całą chmarą przez podwórko, pod ulubione drzewo. Chowaliśmy się między samochodami, w piwnicach, klatkach, krzakach, niejednokrotnie niszcząc zieleń. Później, jakby za karę wycięto nam nasze ukochane drzewo. Zmieniliśmy zatem bazę na murek, na którym siedzieliśmy niczym gawrony śpiewając głupie piosenki. 

Kamienie... Ze stosu kamieni układaliśmy domki, pokoje, były tam i stoły i kanapy, zamiataliśmy je gałęziami i gotowaliśmy zupę z piachu i "glizd" brzozowych. Kiedy nieco dorośliśmy, na kamieniach było ognisko. Nie było wakacji bez ogniska! Szliśmy wcześniej całą gromadą po szyszki, jak jeden mąż - kto nie zbierał, nie miał prawa wstępu na nie. Piekliśmy kiełbaski i to były jedyne noce, kiedy pozwalano nam siedzieć niemal do północy na dworze... 

Jednak w końcu podwórko zaczęło pustoszeć. Zostało może na nim 6cioro dzieci. Ale i one zniknęły. Nikt już nie biegł pod drzewo, nie grał w dwa ognie, nie siedział na ławce. Dorośliśmy. 




Ale nie smućmy się! Teraz te dzieci mają swoje dzieci. Teraz one biegają krzycząc na siebie, i - choć są dopiero na etapie piaskownicy - mają dużą szansę na podobne wspomnienia. 


Bo wiecie - zmieniły się czasy. Teraz zamiast kluczy na sznurkach dzieciaki noszą smartfony w dizajnerskich nerkach. Ale ja i tak widzę, że gdy jeżdżą na rowerze są tymi samymi policjantami co my. Chociaż inaczej nazywają figury na trzepaku i mają własne zabawy - istnieją w naszych dzieciach dokładnie te same pragnienia zabawy, co w nas kiedyś. Głęboko wierzę i wiem to, że wciąż są podobne podwórka do tego z moich wspomnień. Bo wystarczy, iż wyjrzę za okno, spojrzę pięć pięter w dół, a na pewno pomiędzy zielenią drzew dojrzę jakąś dziewczynkę rysującą kredą po betonie, starającą się ubarwić szare podwórko na warszawskiej Pradze.