poniedziałek, 15 maja 2017

Komunia [nie]Święta


Ja wiem, że większość z obserwatorów MwG do religijnych nie należy, ale jednak poruszę ten temat. Sezon na pierwsze komunie w pełni - co rusz widuję dzieciaki ubrane na biało. Mój osobisty syn będzie małym "komunistą" już za rok! Przyznam, że nie ogarniam zbytnio współczesnych obowiązków okołokomunijnych, pewnie będę musiała to na gwałt nadrabiać. 



Na to mam jeszcze jakiś czas. Niemniej chcę poruszyć dzisiaj temat przygotowań do tego święta. I wcale nie chodzi o przygotowania duchowe, które rzekomo są najważniejsze; finansowe - Twoja sprawa, czy urządzisz obiad dla najbliższych, czy mini wesele z orkiestrą smyczkową. Nie obchodzi mnie też, czy i ile Twoje dziecko dostanie na prezent.

Ale czemu psujesz jego naturalność w tym dniu?

Znajoma z grupy dyskusyjnej pracując w salonie kosmetycznym zaobserwowała, że coraz więcej dziewczynek przychodzi na różne zabiegi upiększające. I to nie chodzi o wyregulowanie brwi, czy wycięcie skórek przy paznokciach. Z okazji komunii dziewczynka umówiona była na zrobienie sztucznych rzęs, żelowych (!) paznokci, depilację... Trochę mnie to przeraziło, ale przerażające były inne przykłady, które znalazłam w sieci - makijaż (i to wcale nie naturalny, lekki) z konturowaniem, sesje na solarium, co w połączeniu ze strojną suknią na krynolinie i welonem z diademem zamiast wianka wygląda po prostu... źle. Komicznie i karykaturalnie.


Za moich czasów największą ekstrawagancją była po raz pierwszy zrobiona fryzura - zazwyczaj jakaś ciocia zakręcała lokówką, podczas gdy mama przebierała kuchenny fartuszek na odświętną garsonkę. Albo dzień wcześniej przychodziła sąsiadka i kręciła papiloty na piwo (potwierdzone info :P). Miało być schludnie - przeżyłyśmy bez manicure, solarium i makijażu. 


Wiem, jak bardzo zdania są podzielone, ale tylko apeluję o umiar - pozwólmy dzieciom być dziećmi, bo do bycia kobietkami dziewięcioletnie dziewczynki mają jeszcze na szczęście sporo czasu. Nie rób ze swojej córki wymalowanego potworka - przecież jest śliczna taka, jaka jest. A te teksty o czystym sercu jako najpiękniejszym stroju wcale nie są takie wyssane z palca.


piątek, 28 kwietnia 2017

Moje dziecko samo gotuje - czyli jak zostałam patologią.


Wpis zainspirowany historią Karoliny, która aktywnie udziela się na mamowglanowym fanpage'u. 


Prawie 7 mio letnia córeczka Karoliny zapragnęła zrobić sobie samodzielnie kanapki do szkoły. Otrzymawszy pozwolenie mamy przygotowała sobie drugie śniadanie i dumna ze swojego dzieła pochwaliła się koleżankom w klasie. Czy wiecie co się wydarzyło następnie? Otóż rodzice dzieci z klasy małej kuchareczki naskoczyli na Karolinę - jak śmiała pozwolić dziecku na coś takiego! Teraz ich dzieci też chcą same robić sobie kanapki! Używać noża! To wszystko przez jej lenistwo! I teraz w ich domach są awantury, bo one nie pozwolą! 


Przyznam, że musiałam przeczytać post dwa razy, żeby upewnić się, czy aby na pewno dobrze zrozumiałam. Matki zbeształy kobietę, bo ta pozwoliła swojej córce być samodzielna. OKEJ. 


Jak  śmiesz patologiczna, wyrodna matko pozwalać dziecku korzystać z nieplastikowego noża! Może się skaleczyć! Może się poparzyć niosąc samodzielnie herbatę! Albo przewracając kotlety na drugą stronę! Przez Twoje lenistwo jego życie jest zagrożone! 
Jak śmiesz uczyć dziecko samodzielności! 


Troll zrobił pierwszą kanapkę mając chyba 3 lata. Posmarował sobie masełkiem i nałożył plasterek wędliny. Spałaszował potem aż miło. Czasami robił mi niespodzianki i przygotowywał tak sam z siebie coś pysznego. Kiedy miał niewiele ponad 6 lat pozwoliłam mu przygotować DLA MNIE sałatkę z pomidorów i ogórków. EGOISTYCZNA WYRODNA JA DAŁAM MU NAWET NÓŻ. OSTRY. I wiecie co, zrobił. Pokroił. Nie skaleczył się. Była pyszna, tylko trochę pomidorki się zmiażdżyły.


Często oglądamy w domu programy kulinarne. Ja gotować nie znoszę, ale mój partner uwielbia. Dzięki niemu poznałam wiele nowych smaków i widzę, jak bardzo to imponuje młodemu. Jakiś dobry rok temu, a więc mając 7 lat zapragnął samodzielnie coś ugotować. Zgodziliśmy się. Tak więc w repertuarze oprócz kanapek, które dostawaliśmy w weekend jako śniadanie do łóżka, Jakub nauczył się korzystać z kuchenki gazowej i gotować sobie mleko do płatków czy na kakao, odgrzewania sosu do spaghetti, gotowania jajka; wstawiał wodę i zalewał wrzątkiem herbatę. Ugotował pod naszym nadzorem zupę warzywną, do której sam obrał i pokroił warzywa, wstawił wrzątek i powrzucał je do garnka. Ostatnio bawił się mięsem z kurczaka. Próbował mięsa bez przypraw i później przyprawiał po swojemu bazylią, papryką, czym chciał. Oczywiście samodzielnie obsmażając kawałki. Ma 8 lat. I idąc tym tropem myślenia, co wspomniani rodzice - powinni mnie chyba zamknąć za narażanie życia dziecka :P

Mnie do kuchni nigdy nie ciągnęło. Miałam swoje ulubione rytuały jak krojenie sałatki warzywnej, kręcenie ciast robotem, robienie makaronu maszynką na korbkę. Nie pomagałam jednak w niczym więcej i nauczyłam się gotować dopiero w dorosłym życiu. Trochę w sumie teraz żałuję, bo ja nie rozumiem tej frajdy, jaką czują moi faceci przygotowując coś pysznego. Ja wolę jeść. 

Jestem najlepszym przykładem na to, że brak takiej umiejętności w późniejszym życiu jest bardzo niepraktyczny. Było mi trudno ogarnąć nawet najprostsze rzeczy - gotowanie jest koniecznością, a nie przyjemnością. Dlaczego mam więc zabraniać dziecku się rozwijać, skoro samo tego chce? Być samodzielnym? Wystarczy dać wskazówki, wytłumaczyć w jaki sposób postępować z nożem - 7mio letnie dziecko nie jest niekumatym 2 latkiem, samo sobie noża w rękę nie wsadzi, żeby sprawdzić czy boli. Nie ma nic złego w tym, że rodzice pozwalają dzieciakom gotować. Odpalcie sobie MasterChef Junior i zobaczcie, co te dzieciaki potrafią. Wypadki zdarzają się każdemu, ale czy dobre jest unikanie ryzyka?

Kadr z programu Masterchef Junior, prod. TVN.

My nie zostawiamy dziecka samopas, nie wysyłamy go na wojnę, w której może stracić rękę i nogę. Czuwamy, udzielamy rad, pokazujemy różne rozwiązania. Jesteśmy cały czas obok. Patrzymy na to, co robią. Po prostu nie wyręczamy. To nie nasze lenistwo, to inwestycja w jakość życia naszego dziecka. Wiemy, że to zaprocentuje w przyszłości. 

Absolutnie nie rozumiem reakcji wyżej wspomnianych matek. Już pomijając fakt, że obwinianie Karoliny było po prostu chore - wyobraziłam sobie, co musiały poczuć wszystkie te dzieci, które usłyszały "NIE, BO NIE". Wykazały chęć, spodziewały się dobrej zabawy, wręcz dumy rodziców i spotkały się z odmową. To chyba najskuteczniejszy sposób zniechęcenia dziecka, do podejmowania jakichkolwiek prób. Niech tylko potem rodzice się nie dziwią, że dzieci sobie nie radzą.




Dzieciaki, które samodzielnie przygotowują posiłki, chętniej jedzą. Uwierzcie, nawet złowrogi pomidor czy sałata smakują lepiej w własnoręcznie złożonej kanapce ;> 


Na koniec mój ulubiony cytat:


"Jak ty to robisz, że twoje dziecko jest takie samodzielne?
Pozwalam mu."

czwartek, 13 kwietnia 2017

Mam różowe włosy!


Jeżeli zaglądacie na mojego fanpage'a, wiecie o tym od dawna. Ale ostatnio stwierdziłam, że warto by było opisać dokładnie swoje wrażenia i całą tę metamorfozę :)

Chciałam zmienić coś w swojej fryzurze już od długiego czasu. Moje włosy po prostu mi się znudziły, od 6ciu lat były takie same - rude i rozpuszczone. Mniej więcej rok temu przestałam je farbować w ogóle - chciałam dać im odpocząć i w między czasie zadbać o ich kondycję.

Włosomaniaczką jestem od kilku lat. Miałam sprawdzone kosmetyki, odżywki, olejowałam jednak bardzo bardzo nieregularnie z czystego lenistwa, chociaż kiedy to robiłam, włosy były naprawdę super. Chciałam, żeby końce przestały się kruszyć, żeby moje włosy miały widoczny przyrost nie tylko na odroście, ale i na długości. Jakieś 2 miesiące temu odpuściłam - przestałam kupować kosmetyki polecane przez blogerki, myłam najzwyklejszym szamponem, czasem podkradałam trochę synowi, kiedy mój się kończył. Odżywkę nakładałam nie co mycie, a kiedy mi się o tym przypomniało; jedyne co stosowałam w miarę regularnie na włosach, to oleokrem. Dałam włosom święty spokój, przestałam dbać (w opinii włosomaniaczki), a one urosły :D No dobra, ale ile można łazić z takim rocznym odrostem... Szukałam pomysłu, inspiracji; chciałam, aby było trochę alternatywnie, ale bez wielkich ekstrawagancji i niszczenia włosów; tymczasowo. Kiedy widzę niektóre modelki alternatywne z niebieskimi i za razem spalonymi włosami, to aż mi ich żal - ja nie chciałam tak skończyć.


Post udostępniony przez Ragana - Mama w Glanach (@lady.ragana)


Na mojej ulubionej grupie dyskusyjnej dziewczyny zaczęły zachwalać mało znany w Warszawie salon fryzjerski ZOŁZA. Wrzucały zdjęcia ze swoimi metamorfozami i były zachwycone efektem. W końcu po wizycie jednej z koleżanek z grupy (i czytelniczki MwG za razem:) podjęłam spontaniczną decyzję - dobra, piszę.

Musicie wiedzieć jedno. BOJĘ SIĘ ZAUFAĆ FRYZJEROM. Klasyczna historia - prosząc o podcięcie końcówek straciłam 10 cm włosów. To było 9 lat temu. Od tej pory nikomu nie zaufałam na tyle, aby mu oddać swoje włosy pod opiekę. Nie liczę podcinania końcówek do którego wróciłam 3 lata temu, ale zawsze ostrzegałam, że jak znajdę ścięte pasmo dłuższe niż 1cm, to nie płacę. Hitler w spódnicy normalnie :D

Tutaj jakoś... czułam, że mogę zaufać. Jak to wiedźma - mam swoje przeczucia. Wysłałam swoje zdjęcie, opisałam niesprecyzowany pomysł na ombre i dostałam w odpowiedzi fotki z propozycjami z palety. Wierzcie lub nie - ujrzałam je i od razu pomyślałam TO JEST TO. Tego szukałam.

Termin szczęśliwie miałam już po kilku dniach od napisania. 1 kwietnia xD Nie przyznałam się znajomym, że zmieniam kolor włosów - chciałam, aby myśleli, że to primaaprilisowy żart. Wiedział tylko ukochany, no bo nie chciałam, żeby przeżył szok (chociaż on rok wcześniej ściął włosy z długości moich na krótkie). Lubi naturalność no i bałam się, że włosowe szaleństwo mu się nie spodoba.

Do salonu mam 10 minut tramwajem. Zjawiłam się i zaczęły się czary :D Aldona - czyli rzeczona Zołza jest MEGAPROFESJONALISTKĄ. Samo podejście do klienta było na naprawdę super poziomie. Porównywałam tę wizytę do programu Ostre Cięcie - ten salon prowadzący stawiali by za wzór dla innych. Został ze mną przeprowadzony wywiad odnośnie włosów, ustaliłyśmy kolor i przystąpiłyśmy do koloryzacji. Wszystko odmierzone, wyliczone, nic na oko, jak to się niektórym zdarza. Super higiena - zauważyłam zmianę rękawiczek, jednorazowe ręczniki oraz porządek w przyborach fryzjerskich. Górna część włosów to farba, natomiast malinowy dół to odżywka koloryzująca, która za jakiś czas się wypłucze. To mi bardzo odpowiada, bo nie byłam pewna jak będę się w tym czuć, więc nie chciałam ryzykować tak intensywnego koloru na stałe.





video


Byłam trochę przerażona i podekscytowana za razem, kiedy Aldona zmywając moje włosy co chwilę powtarzała "Wow!". Zasiadłszy ponownie przed lustrem ujrzałam swoje jaskrawe końcówki to zaczęłam cieszyć się jak dziecko. Byłam nimi (i nadal jestem) zachwycona! Dawno się tak nie cieszyłam ze swojego wyglądu. Nowe włosy zupełnie zmieniły mi koloryt twarzy. Im bliżej końca suszenia, tym bardziej byłam zachwycona swoim ombre.



Aldona namówiła mnie też na podcięcie końcówek - tym razem maszynką. Z początku byłam niechętna - z wiadomych obaw - ale w końcu pomyślałam: pal licho! Niech się dzieje. I nie żałuję.



Kolor jest tu trochę jaskrawszy, ale tego dnia tak słońce dawało, że nie sposób było oddać kolor 1:1

Uwielbiam swój nowy wygląd. Znajomi chwalą, nawet ukochanemu się podoba - szczerze podoba; synek od razu wypalił z uśmiechem "Masz różowe włosy" i - co najlepsze - chwali się tym kolegom i koleżankom w szkole :D






Za wysokiej jakości usługę, niesamowicie sympatyczną i profesjonalną obsługę z fenomenalnym efektem końcowym zapłaciłam - uwaga - 140 zł! W warszawskim salonie! Kochani, wspierajmy młodych, zdolnych ludzi z pasją i talentem. Stąd też cały ten wpis. Chcę Was zachęcić do odwiedzin w salonie Zołza. Nie, nie mam nic z reklamy - po prostu jak coś jest zajebiste i w dodatku w alternatywnych klimatach - to jak tu nie chwalić?


Zołza- Salon fryzjerski z charakterem

poniedziałek, 27 marca 2017

Rozwód może być szczęściem!


Cóż to za przewrotny tytuł :D Dzisiaj mijają dokładnie 3 lata od mojego rozwodu. Zostałam zapytania, czy mam jakąś refleksję w związku z tym. Wiecie co pierwsze przywędrowało mi na myśl?

"Non, rien de rien
Non, je ne regrette rien..."


Kiepsko czytać, że wciąż panuje taki ostracyzm społeczny wobec rozwodników. Przedstawia się to zjawisko wyłącznie w perspektywie tragedii. To nie rozwód sam w sobie jest traumatyczny, a to, co do niego doprowadza. 

Chcę Wam powiedzieć, że rozwód może być POZYTYWNYM doświadczeniem. Może przynieść szczęście, ulgę, swobodę, radość, chęć rozwoju, nowe perspektywy. Może być DOBRĄ ZMIANĄ. 
Znam wielu dorosłych ludzi, którzy marzyli o rozwodzie rodziców. Toksyczna relacja między rodzicami unieszczęśliwiła ich na lata. Pokutuje przeświadczenie, że trzeba się poświęcić. To nic, że facet pije, bije Ciebie i dzieci, wykańcza psychicznie. Chcesz, by dzieci były SZCZĘŚLIWE, miały PEŁNĄ RODZINĘ. Czy słyszysz ten absurd? Czasami właśnie dla dobra dziecka trzeba odejść. 

Nie ma również nic złego w stwierdzeniu po latach, że to nie to, że się różnicie, nic was nie łączy. Dlaczego ludziom wmawia się, że nie mają prawa być szczęśliwi? Dla narzuconych przez tradycję zasad? Ile znacie małżeństw, które właśnie są razem dla zasady, choć nie znoszą się szczerze? Nawet nie lubią, a co dopiero kochają? Ja niestety sporo. Bycie z kimś z obowiązku to najgorsza podstawa związku. 

Nie żałuję, postąpiłabym dokładnie tak samo. Wszystkim to wyszło na dobre. Nie, nie napiszę "polecam rozwody każdemu" - to durne xD Przecież kiedy już do niego dochodzi, jest to decyzja obu stron, ostateczna, podjęta po przegranej walce o uczucie. Polecam przede wszystkim w ciężkich chwilach myśleć o tym, że zasługuje się na szczęście.

wtorek, 28 lutego 2017

Jak nie być kijowym klientem sklepu internetowego - miniporadnik.

Sklepy internetowe - w obecnych czasach nie wyobrażamy sobie bez nich życia. Otwarte 24 godziny na dobę, nikt nas z nich nie wypędza, możemy dokładnie sprawdzić specyfikację produktu. Możemy kupić coś na drugim końcu świata nie wychodząc z domu. Ale czy to czyni nas  Panami Wszechświata? Klientami Lepszego Sortu? ;> 

Pracuję w tej branży wystarczająco długo, by pozwolić sobie na napisanie tego posta. Zabierałam się za niego już kilka razy myśląc, że nic mnie już nie jest w stanie zaskoczyć. O jak bardzo się myliłam :D Jak obuchem w łeb - potrafiłam dostać takie roszczenia i zapytania na skrzynkę firmową, że kończyłam ze stółfejsem (waleniem czołem o stół). Czasem kładłam się na podłodze w pozycji embrionalnej pozwalając sobie na sekundową rozpacz, ale wówczas byłam ofukiwana przez firmowego kota i musiałam zebrać w sobie resztki profesjonalizmu i odpisać rzeczowo na absurdalnego maila.
źr. gogler.pl


Z góry uprzedzam, że jest to raczej post z przymrużeniem oka - jeżeli jednak dostrzegacie w poniżej przytoczonych przykładach swoje nawyki - może czas na refleksję? :)


1. Nie kupuj nie zamierzając zapłacić.
Dla mnie to level master braku wychowania, buractwa i cebulactwa. Klikając "kup" zobowiązujesz się do zapłaty. Nie rób tego, nie finalizuj zakupów jeżeli i tak za nie nie zapłacisz. A najżałośniejsze jest tłumaczenie, że coś tu się samo kupiło i kliknęło, albo co gorsza - zwalanie na dziecko. Jasne, zwłaszcza, że zakup wymaga wpisania konkretnych danych, na pewno kilkuletnie dziecko jest w stanie wypisać formularz. Nic się nie stanie, jeżeli kupisz i rozmyślisz się, zrezygnujesz, masz prawo, powód nikogo nie obchodzi, ale nie kłam, że nie kupiłeś, skoro kupiłeś :D W systemie sklepu zostawiasz ślad każdej swojej aktywności, nasz Wielki Brat widzi wszystko :)
Trafiła się nam przed Bożym Narodzeniem klientka, która chciała, żeby jej wysłać za pobraniem i dziwiła się, że ma za to zapłacić... No raczej nie wysyłamy nikomu za darmo.

2. Poinformuj, kiedy rezygnujesz z zamówienia.
U nas w firmie zazwyczaj dajemy tydzień na zapłacenie zamówienia. Później kontaktujemy się mailowo, następnie telefonicznie. My nie jesteśmy windykacją, ZUSem ani Urzędem Skarbowym, nie zjadamy za "Przepraszam za kłopot, rezygnuję z zakupu". Ale odpisz na naszą wiadomość, oszczędzisz nam tego ułamka roboczogodziny, w ciągu którego obsłużylibyśmy zdecydowanego klienta.

3. RABAT to stolica Maroko.
Sklepy internetowe - jeżeli nie mają systemu lojalnościowego - lubią przydzielać okazjonalne rabaty na zakupy. Często zależy to od nastroju właściciela. Możesz więc obserwując social media upolować kod rabatowy zarówno z okazji Dnia Kota, jak i urodzin szefa (lub jeżeli jesteś fanem Mamy w Glanach - w sklepach, w których pracuje masz stałą zniżkę:). Ale na Boga - nie żebrz. To tak nie działa. Obsługa sklepu wie komu i za co dać rabat, poznajemy stałych klientów, poza tym system mówi ile złożyłeś zamówień, by uznać Cię za stałego klienta :)

4. "Zrobiłam przelew w sobotę, jest poniedziałek, gdzie jest moja przesyłka!"
Mój ulubiony punkt. Śmiałam się, że powinien być na punkcie pierwszym firmowego FAQ, jeżeli kiedykolwiek takie powstanie. Padła propozycja zapisu "Nie wysyłamy przesyłek gołębiem z petardą w dupie". Otóż może cię zaskoczę, ale CZAS REALIZACJI TO NIE CZAS, PO KTÓRYM DOSTANIESZ PRZESYŁKĘ. Czas realizacji to czas, którego potrzebuje sklep na zrealizowanie (wyprodukowanie/zamówienie, przygotowanie, spakowanie i nadanie) Twojego zamówienia. Dolicz do niego czas przesyłki u dostawcy, którego wybrałeś. I nie wierz w obiecujące reklamy - czytaj regulamin, ten drobny maczek, a dowiesz się, że list polecony priorytetowy ma prawo iść nawet 4 dni robocze.

5. Sklep nie jest winny temu, że dostawca zagubił przesyłki.
Jeżeli otrzymałeś nr nadania, potwierdzenie przesyłki, reszta leży w mocy dostawcy. Od tej chwili to on czuwa nad Twoim zamówieniem, to dostawca jest również bezpośrednim adresatem wszelkich Twoich roszczeń co do czasu i jakości dostarczenia. Jeżeli masz jakiś problem - sklep na pewno pomoże w miarę możliwości, ale nie ma wpływu na to, jak wywiązuje się z dostarczenia wybrany przez Ciebie dostawca. Nie ma również takiego obowiązku, to wszystko kwestia dobrego serduszka, ale jeżeli poprosisz o pomoc, a nie wyskoczysz z ryjem. Serdecznie nie pozdrawiam w tym momencie firmy na literę I....., najgorszej firmy dostawczej ever.

6. Przelew to nie mail.
Poddałam się już, straciłam wiarę, że ludzie kiedykolwiek to pojmą. Przelew nie znajduje się na koncie sklepu w momencie kliknięcia POTWIERDŹ, chyba, że masz konto w dokładnie tym samym banku. Czasem trwa to kilka godzin (księgowania są o określonych porach), czasem nawet dwa dni robocze. Jeżeli płacisz przekazem, lub masz konto w banku z którym bank sklepu się "nie lubi", Twoje pieniądze docierają serio nawet w ciągu dni. To. Nie. Są. Maile. Naprawdę. Aaaaaaaaa!!!!

7. Czytaj regulamin.
Serio, tam znajduje się 90% odpowiedzi na Twoje pytania, jeszcze zanim je zadasz. Taki bajer! :)

8. Sklepy działają nocą i w weekend, ale obsługa ma wolne.
Myślisz może, że Twoje zamówienie realizowane jest od razu w momencie jego złożenia? I że w sklepie internetowym pracują roboty? Nie! Za tymi wirtualnymi machinami często stoi naprawdę garstka ludzi, którzy pracują wykonując obowiązki kilku etatów na raz, by ze wszystkim zdążyć. Ale pracują w określonych godzinach. Znajdziesz te informacje na stronie sklepu, podobnie godziny, w których można dzwonić. Niech Ci nie przyjdzie do głowy dzwonić przed/po wskazaną godziną. Uszanuj pracę tych ludzi, bo przez kilkadziesiąt godzin w tygodniu sensem ich życia jest Twoje zadowolenie z produktu, który Ci sprzedają.

9. NIE JESTEŚ jedynym klientem!
Serio. Oprócz ciebie złożyło zamówienie dzisiaj może 5, może 7 a może 40 osób. Jak wszędzie - kolejka obowiązuje. Oni też zapłacili. Im też się spieszy. Oni też zakupili to na prezent cioci Krysi.





Sklepy internetowe i ich obsługa to tylko ludzie. Kogoś mężowie, dziewczyny, matki, wujkowie. Mają czasem gorszy dzień, czasem mają urlop. Ale kiedy pracują to wierz mi, na maksa starają się jak najszybciej zrealizować Twoje zamówienie. Nie chcą, żebyś na nie czekał dłużej, niż musisz. Nie mają wywalone. Nie jesteś tylko klientem. Pozwalasz im zarobić na życie. Ale zachowuj się godnie i nie bądź roszczeniowy. Zakupy przez internet to transakcja wiązana - nie tylko kupno-sprzedaż, ale i życzliwość-szacunek.




czwartek, 9 lutego 2017

"Jaki był mój poród? Nudny, cały przespałam!"


Najmniejsza mama w blogosferze zainspirowała mnie do napisania tego posta. Ona też jest autorką tekstu z tytułu - Pani Miniaturowa podobnie jak ja, spała sobie w najlepsze, kiedy na świat wychodziły (a raczej były z nas wyjmowane) nasze dzieci.

W sumie nigdzie nie zapisałam wspomnień z tego wydarzenia. Na starym fotoblogu, jakiś tydzień po opuszczeniu szpitala napisałam co prawda rzewną notkę dołączając pierwsze zdjęcie mojego syna, ale wtedy byłam tak odurzona hormonami, że dzisiaj czytać o tych słodkopierdzących i metafizycznych doznaniach nie mogę. Wy też nie musicie czytać poniższej relacji - nie każdy lubi. Piszę to chyba bardziej dla siebie :)

Dzisiaj z kolei brzuch mnie tak boli, że dla porównania przychodzą mi na myśl jedynie skurcze porodowe - wykorzystując zatem niezdolność do nauki (coś czuję, że kronikarz Długosz się na mnie za to zemści na teście poprawkowym z historii literatury) cofam się w czasie o 2882 dni...

Noc, szpital, marzec 2009.
Siedzę tu od prawie 2 dni, bo już po terminie, a mały leń ze środka ani myśli wyłazić. Ważę 53 kg, koleżanki z sali zazdroszczą braku rozstępów. Próbuję zasnąć. Ale coś cholera, nie mogę, bo boli tak, jak podczas najkoszmarniejszych okresów. No ale to normalne. Tylko, że boli jak w zegarku co 11 minut. Well, potuptałam do dyżurki, gdzie otrzymałam ligninę i zalecenie, żeby obserwować w kibelku, czy nie odkleił się czop. Odkleił się 3 godziny później. Skurcze ani nie robiły się częstsze, ani nie bolały bardziej, nic nie do zniesienia. Przereklamowane. Skąd mam wiedzieć, czy odeszły mi wody? Nie odeszły. Uf. Więc to jeszcze nie teraz.

Kilka godzin później.
Okeeej, zmiana daty, mamy pierwszy dzień wiosny. Mamy też skurcze co 4ry minuty. Zawsze myślałam, że to tylko w filmach jest tak, że skurcze są regularne. A tu mogłabym sobie jajko na miękko ugotować sugerując się jedynie odstępami między jednym a drugim ;]

Dobra, boli. Boli w cholerę. Napierdziela. Ból wzbudza we mnie złość, już nie mogę się doczekać, aż będzie po wszystkim. Poranne KTG, obchód badania. TAK SERIO BOLI TAK MOCNO. Przechodzę do gabinetu i po raz pierdyliardowy siadam na fotelu. Już mnie nie rusza wpatrywanie się między moje nogi - zobojętniało mi to zupełnie. Mierzą i mierzą, a tam rozwarcie 8cm. Oho, zapraszamy na porodówkę.

Leżę tam około 1,5 godziny, boli, usg, BOLI, a Młody ani wte, ani wewte. Wówczas jeszcze nie wiem, że to Młody. Wiem, że gdzieś tam na korytarzu jest moja mama, siostra i przyszły ojciec, który przejęty dzwoni do mnie na salę i pyta jak się czuję. JAK SIĘ CZUJĘ. A JAK MAM SIĘ CZUĆ. Nigdy nie zadawaj tego pytania kobiecie, która rodzi. Zakazałam do mnie dzwonić, bo wkurzało mnie to jeszcze bardziej, niż brak postępu i własna słabość. Zależność i zdanie na łaskę personelu. Zaglądali tak w sumie co 20 minut, a później, kiedy zauważyli, że nidyrydy, Dzieć się nigdzie z brzucha nie wybiera, zaczęli się krzątać. Usłyszałam coś o niewspółmierności i zadawano mi jakieś dziwne pytania do ankiety przedoperacyjnej. Nawet nie wiem, czy odpowiadałam zgodnie z prawdą, bo odpływałam. Mdlałam. To można porównać to skrajnego upicia się, urywa się film i coś tam bełkoczecie, ale nie macie nad tym kontroli.

Potem czułam, że mnie przenoszą, że jadę, że każą oddychać głęboko. Dostałam tlen, trzy wdechy najbardziej zajebistym i czystym powietrzem, jakie kiedykolwiek czułam, a tuż po nim dziwny, chemiczny zapach narkozy.


Pierwsze zdjęcie Jakuba :)

Obudziłam się mamą
Cucili mnie przez około 2 godziny. Pamiętam, że w majakach ktoś powiedział, że urodziłam synka i ja kazałam NATYCHMIAST mi go oddać. Odzyskałam pełną przytomność dopiero około 14tej i dostałam moje maleństwo - mogłam go sobie dokładnie obejrzeć, przytulić, powąchać, wycałować. Leniu zwany dalej Jakubem szybko otworzył oczy, nie był zbyt spuchnięty i cięższy o kilogram w porównaniu do szacunku lekarzy. Osikał kogoś na dzień dobry tuż po wyjęciu z brzucha. Kto zabroni? ;>

Cieszę się, że nie byłam przytomna podczas CC - chyba świadomość umysłowa i oczekiwanie byłyby dla mnie trudniejsze, chociaż oczywiście żałuję, że nie widziałam pierwszych sekund życia mojego syna. Czułam zaufanie do lekarzy i położnych opiekujących się mną, obyło się bez spektakularnych akcji. Cóż, później się dowiedziałam, że istniało zagrożenie iż Kuba utknie mi w miednicy i oboje tego nie przetrwamy. I że każdy kolejny poród musi być rozwiązywany przez CC.

Tak sobie myślę teraz po spisaniu tego wszystkiego, że pamiętam o wiele więcej, niż myślałam. Chociaż minęło prawie 8 lat... Kto by się spodziewał. 
Opiszcie proszę swoje wspomnienia w komentarzach :) 

wtorek, 27 grudnia 2016

Potworologia - najfajniejsza książka, jaką mamy :)


Uwielbiam ładnie wydane książki. Tłoczenia, staranne, niekarykaturalne informacje, ornamenty, które mienią się, kiedy trzymamy książkę pod odpowiednim kątem... A stylizacje na księgi z dawnych epok, to czysta bajka. Fakt, że zdobyłam taką IDEALNĄ książkę dla całej rodziny był szczęśliwym zrządzeniem losu. 

Znacie zasady wymian internetowych? Niepotrzebne nam rzeczy możemy wymienić na całkiem inne, nowe, pożyteczne. Ja właśnie w taki sposób upolowałam recenzowaną dziś książkę, oraz "Mitologię dla dzieci". W zamian za... słoik kawy :) Ale przejdźmy do rzeczy. Przedstawiam Wam POTWOROLOGIĘ!



 Niby nie ocenia się książki po okładce... Tę śmiało można! Trzy kamyczki imitujące rubiny, runy, ornament z potworami, ponadto piękne rogi od razu sugerują, że mamy do czynienia z księgą poważnego odkrywcy!




Strona pierwsza (zaprezentowana powyżej) to przedstawienie autora, jego pomocników, oraz zaproszenie młodego czytelnika do wspólnego odkrywania uroków potworów i krain, w których mieszkają.


Potwory podzielone są tematycznie, obszernie opisano ich zwyczaje, stan wiedzy na ich temat, mity, obszary występowania... Samych potworów wspomniano około 50ciu, od popularnych jednorożców, wampirów i feniksów, po behemota, mantykorę i gorgonę. 




Cała książka pełna jest okienek, wkładek, zakładek i próbek - po lewej moja ulubiona, błyszcząca próbka popiołu z gniazda feniksa :) Takie smaczki dodają powagi księdze i sprawiają, że młody odkrywca z umysłem otwartym na świat potworów czuje się traktowany poważnie. Same opisy stworów i badań nad nimi są pisane "na poważnie". Sprawia to, że dziecko z bogatą wyobraźnią dowie się masy przydatnych informacji wprowadzających w wiele światów fantasy, zyska wiedzę z mitologii i otworzy umysł na inne, niezbadane i nieudowodnione dotąd tematy.







Co się stało z tymi zdjęciami, to ja nie wiem. Już któryś raz blogspot je obraca... Niemniej to moja ulubiona część księgi - szkatułka z próbkami niesamowitych okazów, zdobytych przez autora podczas wieloletnich badań nad potworami. Jak widzicie - Jakub uzupełnił pustą ramkę swoimi skarbami :) Interaktywność tej książki to ogromny atut. Można do niej wrócić po dłuższym czasie i czytać z taką samą przyjemnością, jak za pierwszym razem.


Ukazało się kilka ksiąg z tej samej serii - może uda nam się upolować jeszcze jakąś równie magicznie, jak "Potworologię" :)


"Potworologia - wielka księga stworzeń niezwykłych" dra Ernesta Drake'a
wyd. DEBIT 2009

ocena 10/10