czwartek, 13 kwietnia 2017

Mam różowe włosy!


Jeżeli zaglądacie na mojego fanpage'a, wiecie o tym od dawna. Ale ostatnio stwierdziłam, że warto by było opisać dokładnie swoje wrażenia i całą tę metamorfozę :)

Chciałam zmienić coś w swojej fryzurze już od długiego czasu. Moje włosy po prostu mi się znudziły, od 6ciu lat były takie same - rude i rozpuszczone. Mniej więcej rok temu przestałam je farbować w ogóle - chciałam dać im odpocząć i w między czasie zadbać o ich kondycję.

Włosomaniaczką jestem od kilku lat. Miałam sprawdzone kosmetyki, odżywki, olejowałam jednak bardzo bardzo nieregularnie z czystego lenistwa, chociaż kiedy to robiłam, włosy były naprawdę super. Chciałam, żeby końce przestały się kruszyć, żeby moje włosy miały widoczny przyrost nie tylko na odroście, ale i na długości. Jakieś 2 miesiące temu odpuściłam - przestałam kupować kosmetyki polecane przez blogerki, myłam najzwyklejszym szamponem, czasem podkradałam trochę synowi, kiedy mój się kończył. Odżywkę nakładałam nie co mycie, a kiedy mi się o tym przypomniało; jedyne co stosowałam w miarę regularnie na włosach, to oleokrem. Dałam włosom święty spokój, przestałam dbać (w opinii włosomaniaczki), a one urosły :D No dobra, ale ile można łazić z takim rocznym odrostem... Szukałam pomysłu, inspiracji; chciałam, aby było trochę alternatywnie, ale bez wielkich ekstrawagancji i niszczenia włosów; tymczasowo. Kiedy widzę niektóre modelki alternatywne z niebieskimi i za razem spalonymi włosami, to aż mi ich żal - ja nie chciałam tak skończyć.


Post udostępniony przez Ragana - Mama w Glanach (@lady.ragana)


Na mojej ulubionej grupie dyskusyjnej dziewczyny zaczęły zachwalać mało znany w Warszawie salon fryzjerski ZOŁZA. Wrzucały zdjęcia ze swoimi metamorfozami i były zachwycone efektem. W końcu po wizycie jednej z koleżanek z grupy (i czytelniczki MwG za razem:) podjęłam spontaniczną decyzję - dobra, piszę.

Musicie wiedzieć jedno. BOJĘ SIĘ ZAUFAĆ FRYZJEROM. Klasyczna historia - prosząc o podcięcie końcówek straciłam 10 cm włosów. To było 9 lat temu. Od tej pory nikomu nie zaufałam na tyle, aby mu oddać swoje włosy pod opiekę. Nie liczę podcinania końcówek do którego wróciłam 3 lata temu, ale zawsze ostrzegałam, że jak znajdę ścięte pasmo dłuższe niż 1cm, to nie płacę. Hitler w spódnicy normalnie :D

Tutaj jakoś... czułam, że mogę zaufać. Jak to wiedźma - mam swoje przeczucia. Wysłałam swoje zdjęcie, opisałam niesprecyzowany pomysł na ombre i dostałam w odpowiedzi fotki z propozycjami z palety. Wierzcie lub nie - ujrzałam je i od razu pomyślałam TO JEST TO. Tego szukałam.

Termin szczęśliwie miałam już po kilku dniach od napisania. 1 kwietnia xD Nie przyznałam się znajomym, że zmieniam kolor włosów - chciałam, aby myśleli, że to primaaprilisowy żart. Wiedział tylko ukochany, no bo nie chciałam, żeby przeżył szok (chociaż on rok wcześniej ściął włosy z długości moich na krótkie). Lubi naturalność no i bałam się, że włosowe szaleństwo mu się nie spodoba.

Do salonu mam 10 minut tramwajem. Zjawiłam się i zaczęły się czary :D Aldona - czyli rzeczona Zołza jest MEGAPROFESJONALISTKĄ. Samo podejście do klienta było na naprawdę super poziomie. Porównywałam tę wizytę do programu Ostre Cięcie - ten salon prowadzący stawiali by za wzór dla innych. Został ze mną przeprowadzony wywiad odnośnie włosów, ustaliłyśmy kolor i przystąpiłyśmy do koloryzacji. Wszystko odmierzone, wyliczone, nic na oko, jak to się niektórym zdarza. Super higiena - zauważyłam zmianę rękawiczek, jednorazowe ręczniki oraz porządek w przyborach fryzjerskich. Górna część włosów to farba, natomiast malinowy dół to odżywka koloryzująca, która za jakiś czas się wypłucze. To mi bardzo odpowiada, bo nie byłam pewna jak będę się w tym czuć, więc nie chciałam ryzykować tak intensywnego koloru na stałe.





video


Byłam trochę przerażona i podekscytowana za razem, kiedy Aldona zmywając moje włosy co chwilę powtarzała "Wow!". Zasiadłszy ponownie przed lustrem ujrzałam swoje jaskrawe końcówki to zaczęłam cieszyć się jak dziecko. Byłam nimi (i nadal jestem) zachwycona! Dawno się tak nie cieszyłam ze swojego wyglądu. Nowe włosy zupełnie zmieniły mi koloryt twarzy. Im bliżej końca suszenia, tym bardziej byłam zachwycona swoim ombre.



Aldona namówiła mnie też na podcięcie końcówek - tym razem maszynką. Z początku byłam niechętna - z wiadomych obaw - ale w końcu pomyślałam: pal licho! Niech się dzieje. I nie żałuję.



Kolor jest tu trochę jaskrawszy, ale tego dnia tak słońce dawało, że nie sposób było oddać kolor 1:1

Uwielbiam swój nowy wygląd. Znajomi chwalą, nawet ukochanemu się podoba - szczerze podoba; synek od razu wypalił z uśmiechem "Masz różowe włosy" i - co najlepsze - chwali się tym kolegom i koleżankom w szkole :D






Za wysokiej jakości usługę, niesamowicie sympatyczną i profesjonalną obsługę z fenomenalnym efektem końcowym zapłaciłam - uwaga - 140 zł! W warszawskim salonie! Kochani, wspierajmy młodych, zdolnych ludzi z pasją i talentem. Stąd też cały ten wpis. Chcę Was zachęcić do odwiedzin w salonie Zołza. Nie, nie mam nic z reklamy - po prostu jak coś jest zajebiste i w dodatku w alternatywnych klimatach - to jak tu nie chwalić?


Zołza- Salon fryzjerski z charakterem

poniedziałek, 27 marca 2017

Rozwód może być szczęściem!


Cóż to za przewrotny tytuł :D Dzisiaj mijają dokładnie 3 lata od mojego rozwodu. Zostałam zapytania, czy mam jakąś refleksję w związku z tym. Wiecie co pierwsze przywędrowało mi na myśl?

"Non, rien de rien
Non, je ne regrette rien..."


Kiepsko czytać, że wciąż panuje taki ostracyzm społeczny wobec rozwodników. Przedstawia się to zjawisko wyłącznie w perspektywie tragedii. To nie rozwód sam w sobie jest traumatyczny, a to, co do niego doprowadza. 

Chcę Wam powiedzieć, że rozwód może być POZYTYWNYM doświadczeniem. Może przynieść szczęście, ulgę, swobodę, radość, chęć rozwoju, nowe perspektywy. Może być DOBRĄ ZMIANĄ. 
Znam wielu dorosłych ludzi, którzy marzyli o rozwodzie rodziców. Toksyczna relacja między rodzicami unieszczęśliwiła ich na lata. Pokutuje przeświadczenie, że trzeba się poświęcić. To nic, że facet pije, bije Ciebie i dzieci, wykańcza psychicznie. Chcesz, by dzieci były SZCZĘŚLIWE, miały PEŁNĄ RODZINĘ. Czy słyszysz ten absurd? Czasami właśnie dla dobra dziecka trzeba odejść. 

Nie ma również nic złego w stwierdzeniu po latach, że to nie to, że się różnicie, nic was nie łączy. Dlaczego ludziom wmawia się, że nie mają prawa być szczęśliwi? Dla narzuconych przez tradycję zasad? Ile znacie małżeństw, które właśnie są razem dla zasady, choć nie znoszą się szczerze? Nawet nie lubią, a co dopiero kochają? Ja niestety sporo. Bycie z kimś z obowiązku to najgorsza podstawa związku. 

Nie żałuję, postąpiłabym dokładnie tak samo. Wszystkim to wyszło na dobre. Nie, nie napiszę "polecam rozwody każdemu" - to durne xD Przecież kiedy już do niego dochodzi, jest to decyzja obu stron, ostateczna, podjęta po przegranej walce o uczucie. Polecam przede wszystkim w ciężkich chwilach myśleć o tym, że zasługuje się na szczęście.

wtorek, 28 lutego 2017

Jak nie być kijowym klientem sklepu internetowego - miniporadnik.

Sklepy internetowe - w obecnych czasach nie wyobrażamy sobie bez nich życia. Otwarte 24 godziny na dobę, nikt nas z nich nie wypędza, możemy dokładnie sprawdzić specyfikację produktu. Możemy kupić coś na drugim końcu świata nie wychodząc z domu. Ale czy to czyni nas  Panami Wszechświata? Klientami Lepszego Sortu? ;> 

Pracuję w tej branży wystarczająco długo, by pozwolić sobie na napisanie tego posta. Zabierałam się za niego już kilka razy myśląc, że nic mnie już nie jest w stanie zaskoczyć. O jak bardzo się myliłam :D Jak obuchem w łeb - potrafiłam dostać takie roszczenia i zapytania na skrzynkę firmową, że kończyłam ze stółfejsem (waleniem czołem o stół). Czasem kładłam się na podłodze w pozycji embrionalnej pozwalając sobie na sekundową rozpacz, ale wówczas byłam ofukiwana przez firmowego kota i musiałam zebrać w sobie resztki profesjonalizmu i odpisać rzeczowo na absurdalnego maila.
źr. gogler.pl


Z góry uprzedzam, że jest to raczej post z przymrużeniem oka - jeżeli jednak dostrzegacie w poniżej przytoczonych przykładach swoje nawyki - może czas na refleksję? :)


1. Nie kupuj nie zamierzając zapłacić.
Dla mnie to level master braku wychowania, buractwa i cebulactwa. Klikając "kup" zobowiązujesz się do zapłaty. Nie rób tego, nie finalizuj zakupów jeżeli i tak za nie nie zapłacisz. A najżałośniejsze jest tłumaczenie, że coś tu się samo kupiło i kliknęło, albo co gorsza - zwalanie na dziecko. Jasne, zwłaszcza, że zakup wymaga wpisania konkretnych danych, na pewno kilkuletnie dziecko jest w stanie wypisać formularz. Nic się nie stanie, jeżeli kupisz i rozmyślisz się, zrezygnujesz, masz prawo, powód nikogo nie obchodzi, ale nie kłam, że nie kupiłeś, skoro kupiłeś :D W systemie sklepu zostawiasz ślad każdej swojej aktywności, nasz Wielki Brat widzi wszystko :)
Trafiła się nam przed Bożym Narodzeniem klientka, która chciała, żeby jej wysłać za pobraniem i dziwiła się, że ma za to zapłacić... No raczej nie wysyłamy nikomu za darmo.

2. Poinformuj, kiedy rezygnujesz z zamówienia.
U nas w firmie zazwyczaj dajemy tydzień na zapłacenie zamówienia. Później kontaktujemy się mailowo, następnie telefonicznie. My nie jesteśmy windykacją, ZUSem ani Urzędem Skarbowym, nie zjadamy za "Przepraszam za kłopot, rezygnuję z zakupu". Ale odpisz na naszą wiadomość, oszczędzisz nam tego ułamka roboczogodziny, w ciągu którego obsłużylibyśmy zdecydowanego klienta.

3. RABAT to stolica Maroko.
Sklepy internetowe - jeżeli nie mają systemu lojalnościowego - lubią przydzielać okazjonalne rabaty na zakupy. Często zależy to od nastroju właściciela. Możesz więc obserwując social media upolować kod rabatowy zarówno z okazji Dnia Kota, jak i urodzin szefa (lub jeżeli jesteś fanem Mamy w Glanach - w sklepach, w których pracuje masz stałą zniżkę:). Ale na Boga - nie żebrz. To tak nie działa. Obsługa sklepu wie komu i za co dać rabat, poznajemy stałych klientów, poza tym system mówi ile złożyłeś zamówień, by uznać Cię za stałego klienta :)

4. "Zrobiłam przelew w sobotę, jest poniedziałek, gdzie jest moja przesyłka!"
Mój ulubiony punkt. Śmiałam się, że powinien być na punkcie pierwszym firmowego FAQ, jeżeli kiedykolwiek takie powstanie. Padła propozycja zapisu "Nie wysyłamy przesyłek gołębiem z petardą w dupie". Otóż może cię zaskoczę, ale CZAS REALIZACJI TO NIE CZAS, PO KTÓRYM DOSTANIESZ PRZESYŁKĘ. Czas realizacji to czas, którego potrzebuje sklep na zrealizowanie (wyprodukowanie/zamówienie, przygotowanie, spakowanie i nadanie) Twojego zamówienia. Dolicz do niego czas przesyłki u dostawcy, którego wybrałeś. I nie wierz w obiecujące reklamy - czytaj regulamin, ten drobny maczek, a dowiesz się, że list polecony priorytetowy ma prawo iść nawet 4 dni robocze.

5. Sklep nie jest winny temu, że dostawca zagubił przesyłki.
Jeżeli otrzymałeś nr nadania, potwierdzenie przesyłki, reszta leży w mocy dostawcy. Od tej chwili to on czuwa nad Twoim zamówieniem, to dostawca jest również bezpośrednim adresatem wszelkich Twoich roszczeń co do czasu i jakości dostarczenia. Jeżeli masz jakiś problem - sklep na pewno pomoże w miarę możliwości, ale nie ma wpływu na to, jak wywiązuje się z dostarczenia wybrany przez Ciebie dostawca. Nie ma również takiego obowiązku, to wszystko kwestia dobrego serduszka, ale jeżeli poprosisz o pomoc, a nie wyskoczysz z ryjem. Serdecznie nie pozdrawiam w tym momencie firmy na literę I....., najgorszej firmy dostawczej ever.

6. Przelew to nie mail.
Poddałam się już, straciłam wiarę, że ludzie kiedykolwiek to pojmą. Przelew nie znajduje się na koncie sklepu w momencie kliknięcia POTWIERDŹ, chyba, że masz konto w dokładnie tym samym banku. Czasem trwa to kilka godzin (księgowania są o określonych porach), czasem nawet dwa dni robocze. Jeżeli płacisz przekazem, lub masz konto w banku z którym bank sklepu się "nie lubi", Twoje pieniądze docierają serio nawet w ciągu dni. To. Nie. Są. Maile. Naprawdę. Aaaaaaaaa!!!!

7. Czytaj regulamin.
Serio, tam znajduje się 90% odpowiedzi na Twoje pytania, jeszcze zanim je zadasz. Taki bajer! :)

8. Sklepy działają nocą i w weekend, ale obsługa ma wolne.
Myślisz może, że Twoje zamówienie realizowane jest od razu w momencie jego złożenia? I że w sklepie internetowym pracują roboty? Nie! Za tymi wirtualnymi machinami często stoi naprawdę garstka ludzi, którzy pracują wykonując obowiązki kilku etatów na raz, by ze wszystkim zdążyć. Ale pracują w określonych godzinach. Znajdziesz te informacje na stronie sklepu, podobnie godziny, w których można dzwonić. Niech Ci nie przyjdzie do głowy dzwonić przed/po wskazaną godziną. Uszanuj pracę tych ludzi, bo przez kilkadziesiąt godzin w tygodniu sensem ich życia jest Twoje zadowolenie z produktu, który Ci sprzedają.

9. NIE JESTEŚ jedynym klientem!
Serio. Oprócz ciebie złożyło zamówienie dzisiaj może 5, może 7 a może 40 osób. Jak wszędzie - kolejka obowiązuje. Oni też zapłacili. Im też się spieszy. Oni też zakupili to na prezent cioci Krysi.





Sklepy internetowe i ich obsługa to tylko ludzie. Kogoś mężowie, dziewczyny, matki, wujkowie. Mają czasem gorszy dzień, czasem mają urlop. Ale kiedy pracują to wierz mi, na maksa starają się jak najszybciej zrealizować Twoje zamówienie. Nie chcą, żebyś na nie czekał dłużej, niż musisz. Nie mają wywalone. Nie jesteś tylko klientem. Pozwalasz im zarobić na życie. Ale zachowuj się godnie i nie bądź roszczeniowy. Zakupy przez internet to transakcja wiązana - nie tylko kupno-sprzedaż, ale i życzliwość-szacunek.




czwartek, 9 lutego 2017

"Jaki był mój poród? Nudny, cały przespałam!"


Najmniejsza mama w blogosferze zainspirowała mnie do napisania tego posta. Ona też jest autorką tekstu z tytułu - Pani Miniaturowa podobnie jak ja, spała sobie w najlepsze, kiedy na świat wychodziły (a raczej były z nas wyjmowane) nasze dzieci.

W sumie nigdzie nie zapisałam wspomnień z tego wydarzenia. Na starym fotoblogu, jakiś tydzień po opuszczeniu szpitala napisałam co prawda rzewną notkę dołączając pierwsze zdjęcie mojego syna, ale wtedy byłam tak odurzona hormonami, że dzisiaj czytać o tych słodkopierdzących i metafizycznych doznaniach nie mogę. Wy też nie musicie czytać poniższej relacji - nie każdy lubi. Piszę to chyba bardziej dla siebie :)

Dzisiaj z kolei brzuch mnie tak boli, że dla porównania przychodzą mi na myśl jedynie skurcze porodowe - wykorzystując zatem niezdolność do nauki (coś czuję, że kronikarz Długosz się na mnie za to zemści na teście poprawkowym z historii literatury) cofam się w czasie o 2882 dni...

Noc, szpital, marzec 2009.
Siedzę tu od prawie 2 dni, bo już po terminie, a mały leń ze środka ani myśli wyłazić. Ważę 53 kg, koleżanki z sali zazdroszczą braku rozstępów. Próbuję zasnąć. Ale coś cholera, nie mogę, bo boli tak, jak podczas najkoszmarniejszych okresów. No ale to normalne. Tylko, że boli jak w zegarku co 11 minut. Well, potuptałam do dyżurki, gdzie otrzymałam ligninę i zalecenie, żeby obserwować w kibelku, czy nie odkleił się czop. Odkleił się 3 godziny później. Skurcze ani nie robiły się częstsze, ani nie bolały bardziej, nic nie do zniesienia. Przereklamowane. Skąd mam wiedzieć, czy odeszły mi wody? Nie odeszły. Uf. Więc to jeszcze nie teraz.

Kilka godzin później.
Okeeej, zmiana daty, mamy pierwszy dzień wiosny. Mamy też skurcze co 4ry minuty. Zawsze myślałam, że to tylko w filmach jest tak, że skurcze są regularne. A tu mogłabym sobie jajko na miękko ugotować sugerując się jedynie odstępami między jednym a drugim ;]

Dobra, boli. Boli w cholerę. Napierdziela. Ból wzbudza we mnie złość, już nie mogę się doczekać, aż będzie po wszystkim. Poranne KTG, obchód badania. TAK SERIO BOLI TAK MOCNO. Przechodzę do gabinetu i po raz pierdyliardowy siadam na fotelu. Już mnie nie rusza wpatrywanie się między moje nogi - zobojętniało mi to zupełnie. Mierzą i mierzą, a tam rozwarcie 8cm. Oho, zapraszamy na porodówkę.

Leżę tam około 1,5 godziny, boli, usg, BOLI, a Młody ani wte, ani wewte. Wówczas jeszcze nie wiem, że to Młody. Wiem, że gdzieś tam na korytarzu jest moja mama, siostra i przyszły ojciec, który przejęty dzwoni do mnie na salę i pyta jak się czuję. JAK SIĘ CZUJĘ. A JAK MAM SIĘ CZUĆ. Nigdy nie zadawaj tego pytania kobiecie, która rodzi. Zakazałam do mnie dzwonić, bo wkurzało mnie to jeszcze bardziej, niż brak postępu i własna słabość. Zależność i zdanie na łaskę personelu. Zaglądali tak w sumie co 20 minut, a później, kiedy zauważyli, że nidyrydy, Dzieć się nigdzie z brzucha nie wybiera, zaczęli się krzątać. Usłyszałam coś o niewspółmierności i zadawano mi jakieś dziwne pytania do ankiety przedoperacyjnej. Nawet nie wiem, czy odpowiadałam zgodnie z prawdą, bo odpływałam. Mdlałam. To można porównać to skrajnego upicia się, urywa się film i coś tam bełkoczecie, ale nie macie nad tym kontroli.

Potem czułam, że mnie przenoszą, że jadę, że każą oddychać głęboko. Dostałam tlen, trzy wdechy najbardziej zajebistym i czystym powietrzem, jakie kiedykolwiek czułam, a tuż po nim dziwny, chemiczny zapach narkozy.


Pierwsze zdjęcie Jakuba :)

Obudziłam się mamą
Cucili mnie przez około 2 godziny. Pamiętam, że w majakach ktoś powiedział, że urodziłam synka i ja kazałam NATYCHMIAST mi go oddać. Odzyskałam pełną przytomność dopiero około 14tej i dostałam moje maleństwo - mogłam go sobie dokładnie obejrzeć, przytulić, powąchać, wycałować. Leniu zwany dalej Jakubem szybko otworzył oczy, nie był zbyt spuchnięty i cięższy o kilogram w porównaniu do szacunku lekarzy. Osikał kogoś na dzień dobry tuż po wyjęciu z brzucha. Kto zabroni? ;>

Cieszę się, że nie byłam przytomna podczas CC - chyba świadomość umysłowa i oczekiwanie byłyby dla mnie trudniejsze, chociaż oczywiście żałuję, że nie widziałam pierwszych sekund życia mojego syna. Czułam zaufanie do lekarzy i położnych opiekujących się mną, obyło się bez spektakularnych akcji. Cóż, później się dowiedziałam, że istniało zagrożenie iż Kuba utknie mi w miednicy i oboje tego nie przetrwamy. I że każdy kolejny poród musi być rozwiązywany przez CC.

Tak sobie myślę teraz po spisaniu tego wszystkiego, że pamiętam o wiele więcej, niż myślałam. Chociaż minęło prawie 8 lat... Kto by się spodziewał. 
Opiszcie proszę swoje wspomnienia w komentarzach :) 

wtorek, 27 grudnia 2016

Potworologia - najfajniejsza książka, jaką mamy :)


Uwielbiam ładnie wydane książki. Tłoczenia, staranne, niekarykaturalne informacje, ornamenty, które mienią się, kiedy trzymamy książkę pod odpowiednim kątem... A stylizacje na księgi z dawnych epok, to czysta bajka. Fakt, że zdobyłam taką IDEALNĄ książkę dla całej rodziny był szczęśliwym zrządzeniem losu. 

Znacie zasady wymian internetowych? Niepotrzebne nam rzeczy możemy wymienić na całkiem inne, nowe, pożyteczne. Ja właśnie w taki sposób upolowałam recenzowaną dziś książkę, oraz "Mitologię dla dzieci". W zamian za... słoik kawy :) Ale przejdźmy do rzeczy. Przedstawiam Wam POTWOROLOGIĘ!



 Niby nie ocenia się książki po okładce... Tę śmiało można! Trzy kamyczki imitujące rubiny, runy, ornament z potworami, ponadto piękne rogi od razu sugerują, że mamy do czynienia z księgą poważnego odkrywcy!




Strona pierwsza (zaprezentowana powyżej) to przedstawienie autora, jego pomocników, oraz zaproszenie młodego czytelnika do wspólnego odkrywania uroków potworów i krain, w których mieszkają.


Potwory podzielone są tematycznie, obszernie opisano ich zwyczaje, stan wiedzy na ich temat, mity, obszary występowania... Samych potworów wspomniano około 50ciu, od popularnych jednorożców, wampirów i feniksów, po behemota, mantykorę i gorgonę. 




Cała książka pełna jest okienek, wkładek, zakładek i próbek - po lewej moja ulubiona, błyszcząca próbka popiołu z gniazda feniksa :) Takie smaczki dodają powagi księdze i sprawiają, że młody odkrywca z umysłem otwartym na świat potworów czuje się traktowany poważnie. Same opisy stworów i badań nad nimi są pisane "na poważnie". Sprawia to, że dziecko z bogatą wyobraźnią dowie się masy przydatnych informacji wprowadzających w wiele światów fantasy, zyska wiedzę z mitologii i otworzy umysł na inne, niezbadane i nieudowodnione dotąd tematy.







Co się stało z tymi zdjęciami, to ja nie wiem. Już któryś raz blogspot je obraca... Niemniej to moja ulubiona część księgi - szkatułka z próbkami niesamowitych okazów, zdobytych przez autora podczas wieloletnich badań nad potworami. Jak widzicie - Jakub uzupełnił pustą ramkę swoimi skarbami :) Interaktywność tej książki to ogromny atut. Można do niej wrócić po dłuższym czasie i czytać z taką samą przyjemnością, jak za pierwszym razem.


Ukazało się kilka ksiąg z tej samej serii - może uda nam się upolować jeszcze jakąś równie magicznie, jak "Potworologię" :)


"Potworologia - wielka księga stworzeń niezwykłych" dra Ernesta Drake'a
wyd. DEBIT 2009

ocena 10/10

poniedziałek, 7 listopada 2016

Nie odrabiam lekcji z synem.


Bo nie. Nie siedzę z nim nad książkami, nie wertuję jego podręczników, nie rozliczam z pracy domowej. Nie i już.

Głupiaś matko, czy leniwa? Dzieckiem się nie interesujesz, zeszytów nie sprawdzisz?

Haha, a nie. Ja po prostu pozwalam dziecku na samodzielność. To jego nauka, jego praca domowa, jego obowiązek. Proste :)

dzieci.pl


A teraz trochę szerzej: nikt ze mną nie odrabiał prac domowych. Nie dlatego, że rodzice nie mieli czasu. Ja po prostu nie potrzebowałam pomocy, robiłam wszystko sama. Pamiętam, jak wkurzałam się, kiedy mama chciała mi pomóc w pracach plastycznych (jest w tym o niebo lepsza ode mnie), a ja nie pozwalałam. Od małego kujon (teraz na studiach jest tak samo :P), nie miałam potrzeby, aby rodzice siedzieli w pokoju. Nie. Musiałam być sama, tylko ja i książki. 

Miałam kiedyś okazję obserwować, jak jedna mama odrabia z synem lekcje. Jakkolwiek w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki wydawało mi się to okej, tak w piątej klasie - no sory, ale nie. 11 letni chłop, a mamusia musiała mu czytać lektury? Faktu, że moja ś.p. babcia czytała mojemu 15 letniemu kuzynowi "Szatana z siódmej klasy" chyba i tak nic nie przebije. Dla mnie to coś niepojętego. I im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym coraz bardziej klarował mi się powód takiego zjawiska. Mamy przyzwyczaiły swoje dzieci do "pomocy" w lekcjach. Zapewne ta "pomoc" była wielokrotnie podpowiadaniem, lub nawet robieniem zadań domowych za dziecko. Tylko czy to tak naprawdę o to chodzi? Żeby odbębnić sprawę, jak najszybciej skończyć; czy żeby dziecko przyswoiło wiedzę? Jak dla mnie to bardziej przeszkadzanie, rozpraszanie w nauce!

Dlatego ja nie odrabiam lekcji z synem od samego początku pierwszej klasy. Oczywiście, że czasami muszę powtórzyć wiele razy, aby poszedł je zrobić; często wysłuchuję marudzenia i "niechcęmisiów", ale ostatecznie zawsze te lekcje odrabia. Sam. 

Kiedy potrzebuje pomocy - przychodzi i wówczas chętnie mu tłumaczę, ale pozwalam też zrobić błąd. Najpierw sam robi zadanie, a potem je ewentualnie poprawiamy, jeżeli oczywiście Młody wyrazi taką ochotę. Jeżeli postanowi nie konsultować ze mną odrobionych lekcji - okej. Zbiera doświadczenia na swoje własne konto, więc do pomyłek też ma prawo. Zwłaszcza, że widzę, iż jest jednym z lepszych uczniów w klasie i jestem spokojna o jakość tych prac domowych. Nie musi mieć samych szóstek. Ważne, żeby był mądrym człowiekiem.

wtorek, 11 października 2016

"A po co ci studia do gotowania obiadu?!"


Wykształcenie jest dla mnie czymś bardzo ważnym. Nigdy nie chciałam kończyć swojej edukacji na maturze - to przecież dopiero początek.
Jednak moje życie potoczyło się inaczej. Tuż przed maturą urodził się mój syn, a ja - choć miałam naprawdę dobre wyniki - nie mogłam kontynuować nauki.

Byłam przekonana, że robię sobie roczną przerwę - niezamierzenie wydłużyła się ona do lat 7miu. I teraz, kiedy mój rocznik jest już 2 lata po obronie mgr-ów, ja dopiero zaczynam swoją przygodę z uczelnią.

Nie mam żadnych zdjęć do tego wpisu, więc pokażę Wam mój wydział ;]

To, że pójdę na filologię polską wiedziałam już w liceum - no, może nie wiedziałam, ale tak przeczuwałam. Miałam co prawda przebłyski pomysłów o aktorstwie, albo filologii romańskiej - ale miłość do literatury polskiej wzięła górę. Przez wszystkie lata spędzone z dzieckiem w domu przeczytałam masę książek, opracowań, napisałam setki prac na najróżniejsze tematy, opracowałam setki motywów literackich... To upewniło mnie w przekonaniu, że właśnie w tym kierunku chcę się rozwijać, takie tematy zgłębiać...

Aż nagle usłyszałam pytanie z tytułu posta.

W zasadzie to nie było pytanie. To był zarzut.

Jak w ogóle mogę myśleć o PORZUCENIU dziecka? Jak mogę chcieć się uczyć? Przecież na studiach będzie masa facetów, a każdy to mój potencjalny kochanek. Poza tym po co mi wykształcenie wyższe, skoro moim jedynym przeznaczeniem jest gotowanie obiadu? Ogórki bym się lepiej nauczyła kłaść do słoika. No i ogólnie lepiej, żebym siedziała w domu, bo ktoś musi sprzątać, bo i tak się nie nadaję.

Z perspektywy lat szepnę tylko, że kiedy facet mówi Wam podobne teksty - uciekajcie od niego gdzie pieprz rośnie.

Ktoś, komu zależy na drugiej osobie, nie widzi problemu w tak elementarnych potrzebach, jak potrzeba wykształcenia. Ba - w normalnej relacji odczuwa się dumę z drugiej osoby!

Do pójścia na studia zachęcał mnie mój partner - wiedział, jak mi na tym zależy, a jednak mając na uwadze poprzednie doświadczenia - nie wychylałam się. Przekonał mnie, że warto spróbować. Zrządzeniem losu na wymarzonym kierunku była druga tura - zdecydowałam się w ostatniej chwili - i oto jestem ;) 


Rudy Kartofel - jak ja kocham zdjęcia do dokumentów xD

I była wielka radość w domu. Nie potrzeba było żadnej reorganizacji - naturalne jest, że kiedy mnie nie ma, to faceci ogarniają dom, gotują, dobrze się bawią. Nie ma wyrzutów, wypominań, jest herbatka, kanapki, drukowanie mi skryptów i udostępnianie Chomika :)

Mój syn nie odczuwa żadnej krzywdy, żadnego "porzucenia". Jest zafascynowany faktem, że ja też jeżdżę "do szkoły", mam swoje prace domowe, naukę i - kto wie - może w przyszłości będę mogła uczyć j. polskiego w szkole. Cieszy się i rozumie to. 

Nawet w pracy moja decyzja została przyjęta entuzjastycznie. Mam ten komfort, że jestem spokojna o swoje zatrudnienie i mogę studiować coś, co mnie interesuje, a nie coś, po czym najłatwiej znajdę pracę.

No cóż - to dlatego mnie ostatnio nie ma na internetach - każdą wolną chwilę po pracy poświęcam nauce, bo mi zależy. Mam do przeczytania i do nauczenia się masy rzeczy. Już dowiedziałam się o istnieniu głosek, których nawet nie da się zapisać, o gatunkach rymów, których do teraz nie znałam... To będzie bardzo ciekawy czas w moim życiu! Ale i cholernie pracowity. Trzymajcie za mnie kciuki!