wtorek, 10 lipca 2018

Celebracja czwartego trymestru.


Pierwsze trzy miesiące z życia dziecka bywają określane mianem "czwartego trymestru ciąży". Pewnie jako oczytani rodzice spotkaliście się już z tym terminem. Przy pierwszym dziecku ta teoria była mi kompletnie obca - wychowywałam wszak Pierworodnego na bazie wiedzy mam i babć, która to do najnowszych nie należała. Pokutowało wtedy przekonanie, żeby nie nosić, bo się przyzwyczai. Uspokoić, ukoić, jednak bez przesady, raczej odkładać możliwie od razu. Wtedy też ludzie jakoś mniej zdawali sobie z psychicznych potrzeb takiego maluszka, priorytetem było nakarmienie, zmiana pieluszki i ewentualne ulżenie w bólu.

 


Obecnie patrzy się na to nieco inaczej. Noworodek przeżywa ogromny stres spowodowany zmianą otoczenia, więc naturalne jest, że potrzebuje być blisko, przytulić się dla samego faktu poczucia ciepła, zapachu mamy czy bicia jej serca.

Ja również zmieniłam to podejście. Kiedy Pola płacze pomimo iż wszystkie jej potrzeby zostały spełnione, biorę ją na ręce, bujam, tulę. Często zasypia na mnie brzuszkiem do brzuszka i pozwalam jej tak spać, jeżeli nie mam nic pilnego do zrobienia. A odkąd starszy syn jest na wakacjach u babci, jakoś nic pilniejszego nie zaprząta mi głowy i mogę poświęcić jej 100 procent uwagi. Całuję maleńką główkę, miziam plecki, śpiewam jej i rozmawiam. I odkąd noszę ją w chuście, nawet ból kręgosłupa nieszczególnie mi w tym przeszkadza. Sprawia mi to niezwykłą przyjemność bo wiem, że ta chwila uleci i mogę już nie mieć drugiej takiej okazji. Jest to potrzebne tak samo jej, jak i mnie; wierzę, że to dobre i zaowocuje w przyszłości :)



Często słyszałam, że karmienie butelką sprawi, że pozbawię nas niezwykłej więzi. Większej bzdury nie ma - i niech mamy debiutantki będą spokojne - dzieci karmione butelką mają również cudowną więź z rodzicami. Polek wpatruje się we mnie tymi swoimi niebieskimi oczkami, jakby pytała o milion spraw (albo jakby wyrzucała, że robiłam to mleko o całe sekundy za długo! :P) Uwielbiam te chwile.

Oczywiście, czasem ręce mi więdną a blizna wciąż ciągnie. Muszę odpoczywać, wówczas malucha przejmuje tata. Lubię jednak to, że płacz córeczki mnie nie frustruje - a przyznam, że bałam się tego najbardziej, nie pamiętałam jak to jest, a zmęczona potrafię być naprawdę zołzowata. 
Na szczęście mam w sobie o wiele więcej cierpliwości, niż przed rokiem. Przypominam sobie, jak podobnie tuliłam małego synka i opowiadałam mu o tym, co za oknem. Wtedy jednak nie do końca rozumiałam i nie zawsze umiałam się wsłuchać w jego potrzebę bliskości. Strasznie tego teraz żałuję i mam nadzieję nadrobić to w inny sposób. Oby mi się to udało :)


sobota, 30 czerwca 2018

Mój drugi poród - po ludzku.


Na profilu facebookowym wspominałam Wam już o niespodziewanym, acz planowanym cięciu, dzięki któremu pojawiła się na świecie moja córeczka. Polcia śpi obecnie na moim sercu w chuście, a ja postanowiłam przerwać tygodnie milczenia jakie tu zapanowały i trochę opowiedzieć o moim pobycie w szpitalu.

Niedawno ukazał się najnowszy raport Fundacji Rodzić po ludzku dotyczący opieki nad kobietą podczas i po porodzie, więc właśnie w odniesieniu do niego chciałabym wszystko opisać. Możecie go w całości przeczytać tutaj [KLIK]
Obecne standardy okołoporodowe mają dążyć do zminimalizowania medykalizacji porodu, a postawieniu na fizjologię całego zjawiska. W moim przypadku mogłoby to być nieco zabójcze, no ale tylko o swojej perspektywie mogę Wam tu napisać, czekał mnie wszak poród wybitnie medyczny.

Przyjęcie na IP było zaplanowane dzień przed cięciem na daną godzinę. Dokumentacja, KTG, USG, trochę poczekałam na korytarzu między poszczególnymi elementami, ale zdaję sobie sprawę jak to jest w szpitalach i niektóre procedury po prostu trwają. Zwłaszcza, że nie rodziłam (tak naprawdę rodziłam, ale nie czułam skurczy), więc mogłam sobie spokojnie poczekać. Wg pierwotnego planu miałam spędzić noc przed porannym planowanym cięciem na oddziale patologii ciąży. Założono mi podczas przyjęcia na oddział wenflon (mnie to nie przeszkadzało, jednak niektórym mamom zależy na odejściu od tej procedury podczas porodu fizjologicznego) i skierowano na salę, na kolejne KTG, które zadecydowało o natychmiastowym skierowaniu na trakt porodowy (skurcze co 3 minuty).

Wszystkie pielęgniarki sprawiały wrażenie dobrych cioci - były pełne empatii. Lekarze byli konkretni i po prostu robili swoje. Położne na trakcie porodowym również były sympatyczne. Położono mnie na sali porodowej pod kolejnym KTG oraz dostałam kroplówkę z oksytocyną. Partner mógł ze mną być cały czas. Sama sala porodowa składała się głównie z łóżka, nie wiem jak pozostałe - na jednej z nich rodziła moja przyszła koleżanka z sali. Warto zaznaczyć, że sale oddzielone były murowanymi ścianami, jednak nie pod sam sufit, więc było słychać każde słowo. Może to być zarzut dla braku intymności, jednak nie było możliwości, aby zobaczyć inną rodzącą, a położne dzięki temu lepiej słyszały każde wezwanie.

Musiałam trochę poczekać na moją operację, bo koleżanka wspomniana wyżej miała pilniejszą sytuację wymagającą natychmiastowej interwencji. Po jej zabiegu i podczas przygotowywania sali operacyjnej przyszedł do mnie anestezjolog na krótki wywiad, po czym zaproszono mnie na cięcie. Partner w między czasie uszykował ubranka dla córeczki i oczekiwał pod salą.
Zespół na sali operacyjnej był również przemiły. Dostałam znieczulenie zewnątrzoponowe, które na szczęście zadziałało natychmiast, miałam założony cewnik już po znieczuleniu, więc nijak nie był to dla mnie bolesny proces. Uświadomiłam sobie, że to się DZIEJE. TERAZ. Moje serce podobno lekko zaczęło szaleć ze stresu, jednak miły głos pani siedzącej mi nad głową działał bardzo uspokajająco. Mówiła mi dokładnie: "Zaczęło się. Teraz poczuje Pani lekkie szarpnięcie. A teraz będzie nieprzyjemne uczucie, jednak nie zaboli Panią. Jeszcze chwila. O, patrzymy na prawo, jest już maluszek! I tatuś w okienku!" - gładziła mnie po głowie i naprawdę będę to pamiętała do końca życia, bo takie podejście to coś, czego potrzebowałam.

Świeżo upieczony tata usłyszał pierwszy płacz pod drzwiami sali i został poproszony do pomieszczenia z okienkiem na salę porodową, gdzie mógł obserwować wycieranie maluszka, ważenie, mierzenie, ubieranie, jednocześnie nie widząc kontynuacji mojej operacji. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy dostałam Polę na całuski do twarzy. Czy zaraz po owinięciu jej i wytarciu, czy po ubraniu. Pamiętam tylko, że tak pięknie pachniała i była taka cieplutka... Nie miałabym sił jej kangurować. Wyczerpała mnie operacja, choć w zasadzie nic mnie nie bolało. Ubranego maluszka oddano pod opiekę taty do momentu, aż nie zakończono operacji. Na sali pooperacyjnej (choć była to już noc) mógł ze mną posiedzieć tata, który to przywiózł mi maluszka i nacieszyć się ze mną tymi pierwszymi chwilami. Nikt nas nie poganiał, sama poprosiłam, żeby już wracał do domu. Nocą dzieciątkiem zaopiekowały się położne z dyżurki, abym mogła odpocząć i na spokojnie przyjąć kroplówki i dawkować sobie morfinę.

Położne na oddziale położniczym miały kiepskie opinie w internecie. Wg mnie natomiast były naprawdę przemiłe, gotowe do pomocy zawsze, choć miały wiele pacjentek. Była to najmilsza odmiana w porównaniu z pierwszym porodem. Nie obawiałam się "na kogo dzisiaj trafię". Absolutnie każdej ufałam i wiedziałam, że nie zostaję zjechana za zadzwonienie dzwonkiem, gdy wyrwałam niechcący wenflon, lub gdy zwracałam jeszcze przed pionizacją (to dopiero bolało... ;/). Pionizacja następuje teraz po 12 godzinach od cięcia, kiedyś było to 24h. Nie było to "proszę powoli wstać" jak dawniej, tylko położna sama pomagała nam się podnieść, dopingowała, podprowadzała i pomagała się umyć. Nie byłam gotowa, oczywiście, że nie, ale wiedziałam, że im wcześniej zacznę, tym lepiej dla mnie. Wiecie co było najgorsze w procesie pionizowania i rekonwalescencji? Za wysokie łóżka. Mając 1,54m wzrostu nie byłam w stanie wejść na łóżko, nawet korzystając z podnóżka znajdującego się pod każdym z łóżek. Ale nawet o tak prostym rozwiązaniu 9 lat temu mogłam tylko pomarzyć.

Nie jest jakąś wielką tajemnicą, że nie karmię małej piersią. Z wyboru. Lata temu "wsparcie" laktacyjne na oddziale wyglądało: karmić. Jedno słowo, zero tłumaczenia, zero pokazywania jak przystawić, co robić. Karmić i koniec, bo masz urodzić dziecko z tą umiejętnością. A jak nie umiesz, to jesteś nie-matką. Kogo obchodzi, że po cięciu machina rusza później? Laktator? A po co? Dziecko nie umiejące ssać - wina mamy. Za krótkie wędzidełko? Wina mamy (nikt tego nie sprawdzał). Obecnie? Obecnie na oddziale była osobna pani  doradczyni laktacyjna. Oaza spokoju, empatia, cierpliwość, gotowa do porad oraz do podtrzymywania maluszka nawet by nauczyć i uspokoić mamę. Bardzo mi się podobało takie podejście. Zero krzyku, szarpania za piersi, a ogromny szacunek. Koleżanki z sali karmiły i wg mnie dostawały mega wsparcie. Położne nie wciskały MM, to dziewczyny decydowały, czy chcą dokarmić. Ja z kolei nie byłam dyskryminowana z powodu decyzji - zostałam zapytana, czy to z powodów osobistych czy medycznych, bo jak te drugie, to chętnie pomogą. Było naprawdę miło być uszanowaną.

Obchód lekarski może był najmniej przyjemnym momentem dnia - ale tylko dlatego, że bardzo bolało, no a zbadać trzeba. Na szczęście trwało to szybko no i nikt nie zwrócił mi uwagi, jak darłam się z bólu podczas uciskania brzucha. Podczas obchodów była też młoda kobieta - nie wiem, czy rezydentka, stażystka, czy położna, ale zawsze się tak ciepło do nas uśmiechała, potem na wyjście robiła nam "pa pa" ręką - miły akcent po chwili bólu :) Zastanawia mnie tylko, dlaczego do pokoju wbija wówczas około 8 osób, a faktycznie badają, wydają zalecenia może dwie...
Obchód pediatryczny to w ogóle przemiłe doświadczenie. Pani doktor zwracała się przemiło "proszę Mamusi, Mamusia posłucha...", dokładnie tłumaczyła, uspokajała, radziła i wyrażała zgodę na obecność rodziny podczas badania maluszka. Co do badań noworodka - większość odbywało się w mojej sali. Pobranie krwi z piętki, badanie słuchu zrobiono bez mojej obecności, ale wcale mi to nie przeszkadza. Zapytano mnie tuż po cięciu, czy wyrażam zgodę na szczepienie - nikt nie zrobił tego w tajemnicy, nie zmuszał mnie. Ja wyrażałam zgodę, podobnie jak koleżanki z sali, więc nie znam reakcji na odmowę.

Odwiedzających, zwłaszcza tatusiów nikt nie przeganiał. Mogli być już po obchodzie lekarskim aż do popołudnia. Nie widziałam ani jednego odwiedzającego dziecka, ale to dobrze, oddział położniczy nie jest miejscem dla dzieci. Ku mojej radości, po oddziale nie chodził ksiądz. Był do dyspozycji pod telefonem i w kaplicy dla chętnych mam, jednak na szczęście nie chodził od sali do sali. Prawdą jest, że personel do sal nie puka. Jednak jakoś mi to nie przeszkadzało. Prosiłyśmy z dziewczynami tylko swoich facetów, żeby przed wejściem zapukali.

Reasumując - opieka poporodowa jaką dostałam po drugim cięciu cesarskim była o niebo lepsza w moim odczuciu od pierwszego razu. Czułam się szanowana, słuchana, personel rozumiał wyjątkowość i specyfikę sytuacji. Ja koszmarnie źle znoszę szpitale z powodu rozłąki z domem, jednak tutaj było mi łatwiej. Było mi bezpiecznie i byłam spokojna. Nie doświadczyłam żadnego rodzaju dyskryminacji, ba, jeden z lekarzy sympatycznie odniósł się do mojego wytatuowanego anioła na plecach. Nie doświadczyłam przemocy słownej ani fizycznej, a jak przeczytacie w raportach, to się zdarza. Jedyny minus oddziału? Brak krzesełek pod prysznicem. Ale za to ludzie przemili i pracujący z powołaniem. Cieszę się, że wybrałam ten szpital a i zaznaczyć muszę, że była to opcja bezpłatna - nie wykupywałam ani prywatnej położnej, ani jednoosobowej sali, a za sam pobyt również nie płaciłam.
Tym szpitalem jest MSWiA w Warszawie. Może inne pacjentki miały inne odczucia, moje są subiektywne - ja jednak nie jestem rzucającą się w oczy i roszczeniową pacjentką, szanuję pracę tych ludzi. Myślę, że warto mówić o pozytywach związanych z porodem, nie tylko o traumach z przeszłości, bo dzięki fundacji i świadomości pacjentek coś się jak widać zmienia na lepsze. Jednak jeszcze dużo przed nami. Przeczytajcie wyżej podlinkowany raport i puśćcie go w świat - trzeba zrobić wszystko, żeby odsetek negatywnych doświadczeń spadł do zera.

czwartek, 17 maja 2018

Czy aby na pewno jesteś tatą?


Wg powiedzenia prawdziwy mężczyzna musi zbudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. My tu nikogo nie dyskryminujemy - spłodzić córkę jest też w cholerę męskie, dom można zastąpić znalezieniem super okazji wynajmu mieszkania, a bazylia z Tesco przesadzona do większej doniczki też będzie spoko. 

Ale czy to serio koniec? 

Nie no, przecież wiesz, że o rodzinę trzeba jeszcze zadbać. Zapewnić jej byt. Zarobić na utrzymanie. I mega. Kobieta też ma prawo pracować jeżeli tego chce, możecie dogadać między sobą podział obowiązków, bo to nie te czasy, kiedy płeć miała znaczenie. 

Wiecie, co jest w ch*j niemęskie? 

To, że być może myślicie, że bycie tatą kończy się na powyższym. 

Kilka dni temu szłam turlałam się na przystanek. Mijałam parę z dzieckiem - mama prowadziła gondolę z maluchem jedną ręką, pod pachą (dosłownie!) drugiej niosła dwulatka. Starszak płakał, obok szedł OJCIEC. GŁOWA RODZINY. Wyprostowany i z pustymi rękami. Kobieta wyzywała go, żeby wziął syna za rękę chociaż, bo to za nim płacze i tęskni. Słyszałam odpowiedź "Nie, bo jestem zmęczony". Był obok, ale go wcale nie było.

Wiecie, jak dla mnie to jest już właśnie patologia. Kiedy rodzic myśli, że wystarczy przynosić kasę do domu, rozwalić się na kanapie i już nic więcej nie robić, a dzieckiem zajmie się ten drugi rodzic. Patologią jest to, że ojciec nie chce się zajmować swoim dzieckiem. Nie chce zabrać go na dwór, bo to zbyt męczące a dzieciak ciągle ryczy, nie zabiera go na zakupy, bo jeszcze zrobi w sklepie scenę z okazji buntu...
Każdy może być zmęczony. Tylko czemu nie widzisz zmęczenia swojej partnerki? Myślisz, że sceny płaczu to jest coś, co ona słyszy gorzej od Ciebie? Że jej to nie wkurza i nie przyprawia o ból głowy?
Już teraz ta nieświadoma istota wyrabia sobie o Tobie zdanie. Tata tylko od zabaw, a nie od codzienności NIE JEST DOBRYM OJCEM. Choćbyś w przyszłości kupował najdroższe konsole i smartfony, będziesz beznadziejnym ojcem, jeżeli nie zapiszesz się w pamięci swojego dziecka jako ten towarzyszący mu w każdej chwili życia. Ten, który przypomina o umyciu rąk i pokazuje jak robić porządki.

Kompletnie nie kumam facetów, którzy nie chcą przewijać swoich dzieci. Znaczy siku spoko, z łaską ogarną, ale "dwójka"? Przecież to śmierdzi i jest im niedobrze! Wołają na pomoc matkę, bo przecież ona może rzucić wszystko w cholerę i zająć się małym tyłkiem. Otóż panowie moi mili - mamom ta kupa śmierdzi dokładnie tak samo. Też nam się wszystko cofa i czujemy to co Wy. Brzydzimy się tak jak Wy. Tylko wiemy, że albo to ogarniemy, albo dziecko będzie płakało, odparzy się i szczypanie to będzie niekończąca się karuzela rozpaczy i nieprzespanych nocy. Jak wołasz swoją kobietę do przewinięcia dziecka, chociaż sam możesz to zrobić (nie istnieje taka rzecz, której nie możesz przerwać), to jesteś cieniasem. Nie tatą. Po którymś tam razie tak Ci to zobojętnieje, że obrzydzenie minie, to czysta fizjologia. Dziecko się zrzygało? Posprzątaj. Od razu. Będzie krócej śmierdzieć. Brzydzisz się? Nie rozpłacz się tylko. Po Tobie też sprzątali. Wołasz kobietę? Hahahahahahahahahahhahahahahahahahahahahahaha... (perpetuum mobile karuzeli śmiechu). Skup się na tym, że dziecko może być chore, zamiast roztkliwiać się jak panienka nad zapachem.


fot. Engledow Art Photography
Więcej: http://www.edziecko.pl/rodzice/51,79354,12700621.html

Wiecie, chciałabym przesadzać. Ale zwyczajnie mi przykro, kiedy moje koleżanki żalą się, że mają w domu dwójkę dzieci, zamiast dziecka i partnera. Że będąc w ciąży nie mogą liczyć na ich pomoc, bo choć są tuż przed drugim porodem, to są zdane same na siebie. Że brakuje podstawowych produktów w wyprawce noworodka, a facet uznaje iż dron jest pilniejszym wydatkiem, niż łóżeczko i przewijak. Że muszą się prosić o przeniesienie czegoś ciężkiego tygodniami, a jak się za to zabiorą same i zrezygnowane, to słyszą "no przecież ja to zrobię, nie trzeba mi co pół roku przypominać". Że choć zdrowie w ciąży im nie pozwala, to zabraniają wysłać do żłobka pierwsze dziecko, BO I TAK SIEDZI W DOMU.

Wiem, że nie wszyscy tacy są - wiem po sobie i moim partnerze. I wielu z Was na pewno jest cudownymi tatusiami. Są też ojcowie, którzy ogarniają lepiej, niż matki - nie będę generalizować, jednak nie znam konkretnego przykładu z życia, a każda wspomniana wyżej sytuacja ma swoje odbicie w osobach, które znam osobiście. Niestety.

Jeżeli kobieta o coś Cię prosi - zrób to od razu. Nie będzie marudzić i się awanturować. Jeżeli boisz się wychodzić na spacer z dzieckiem - przełam się. Ona też się bała i nie raz wcale nie miała na to ochoty. Jeżeli nie przewijasz dziecka - zacznij, bo nie ma dla Ciebie żadnego usprawiedliwienia. 
Jak Twoja kobieta podesłała Ci ten tekst i zapytała o zdanie - zastanów się, czy aby na pewno nie jesteś nie-tatą. Bo wiesz... żenada nim być.


środa, 9 maja 2018

Jeszcze cztery tygodnie...


Co do dnia. Równo za cztery tygodnie Moja córeczka będzie już na świecie. Jestem przygotowana do porodu, no, nie licząc kompletnego spakowania torby. Przedwczorajsze - ostatnie z zaplanowanych dodatkowych USG utwierdziło mnie w przekonaniu, że Pola należy do charakternych istotek od samego początku - nijak nie pokazała ryjka, za to długie włoski przypominające kolce jeża w obrazie USG były tak uroczą niespodzianką, że nie mogę przestać myśleć o jej łepuszku :) 

Jakoś nie chciałam tutaj dodawać takich melancholijnych ciążowych wpisów, bo wiem, że za kilka lat gdy do nich wrócę, będę załamana swoją ckliwością i składnią (serio, nie panuję nad myślami i logicznym ciągiem zdań). Za razem zdaję sobie sprawę, że to już finisz takowego samopoczucia i że warto zapisywać wszystko, bo później z maleńkim Dziobaczkiem w ramionach zapomnę o wszystkim.

Obawiam się, że w obecnie idealnej sytuacji znajduje się jakaś skaza, jakaś rysa, której nie dostrzegam, a która zaburzy nasz spokój i radość. Naprawdę dotychczas ta ciąża była samą  radością, jestem zdrowa (czuję się koszmarnie, ale medycznie wszystko jest książkowo). Polcia oczekiwana jest z radością i miłością przez nas, naszych najbliższych oraz przyjaciół, którzy pomagają jak tylko mogą. Ale, cholera, martwię się jak to będzie. Czy nie odwalą mi hormony? Czy dam radę przezwyciężyć ból po cięciu i zajmować się nią tak sprawnie i aktywnie od pierwszych chwil, jak bym chciała? Czy mój kręgosłup nie zdechnie ostatecznie? Czy ona będzie tak zdrowa, jak się zapowiada? Czy zmęczenie nie będzie mnie frustrowało i nie oddalę się przez to od reszty domowników? Czy będę miała wystarczająco cierpliwości, dla obojga moich dzieci? 

Nie wiem. Okaże się...


Śniła mi się dzisiaj. 
A za 28 dni ten sen się spełni.


ALERT! UWAGA! Poniżej zdjęcia ciążowego brzucha!
Ostrzegam, bo nie wszyscy lubią. Ja swojego też nie lubię - lubię tylko jego zawartość. 
Ale zdjęcia same w sobie bardzo mi się podobają i tylko dlatego się nimi dzielę - mogłabym chcieć wygładzić bębenek w fotoszopie, ale po co. Taka jest natura. Propsy dla Agaty z www.freyalove.com





piątek, 4 maja 2018

Dummy Inky - artyści tatuażu dla najmłodszych!


Dawno nie prezentowałam Wam nowej, polskiej marki tworzącej alternatywne ciuszki dla najmłodszych :) Powód był prosty - od ostatniego wpisu na żadną taką nie trafiłam. Aż do teraz.

Dummy Inky to rodzima marka z siedzibą w Warszawie, która zrzesza polskich artystów tatuażu, aby Ci mogli tworzyć swoje dzieła nie tylko na ciałach pełnoletnich klientów. Projekty lądują na ubrankach dla maluszków i dzieci wczesnoszkolnych, dzięki czemu już od najmłodszych lat pociechy wydziaranych rodziców mogą cieszyć się równie czadowymi dekoracjami.

Na stronie internetowej znajdziecie galerię artystów, którzy zaprojektowali wzory specjalnie na ubranka Dummy Inky. Każde ubranko jest podpięte pod konkretnego tatuatora, zatem identyfikacja twórcy wzoru jest banalnie prosta. Marka podkreśla, że tworzy odzież w edycji limitowanej - więc jeżeli lubicie się wyróżniać i mieć coś unikatowego, to jest to miejsce dla Was.

Ubranka szyte są ze 100% bawełny (gramatura 170g w przypadku bodziaków), a także bambusa (rękawki), co gwarantuje fajną termoregulację. Szyte są w Polsce, więc to duży plus. Nadruk to komputerowy nadruk bezpośredni, impregnowany - nie pracowałam z takimi nigdy, ale podejrzewam, że to dodatkowe zabezpieczenie przed zajechaniem - wiadomo, ubranka dziecięce prać trzeba często i w wyższych temperaturach. Ciuszki nie mają gryzących metek, co spodoba się zapewne zarówno małym użytkownikom, jak i ich mamom.

Zerknijcie proszę na ofertę - wszystkie zdjęcia pochodzą z facebooka Dummy Inky i są własnością marki.





 Fot. Agata Adamczyk



 Fot. Aleksandra Osuchowska

Sklep ma w ofercie body z krótkim i długim (tatuażowym) rękawkiem, koszulki, longsleevy, bluzy i tuniki. Ubranka w przedziale rozmiarowym 56/62 - 128/134 (rozmiarówka zależy od modelu). 

Spotkaliście się już z ofertą sklepu na konwentach tatuażu? Dummy Inky często na nich bywa i z pewnością chętnie przedstawi swoje produkty, opowie o szczegółach oferty i o samym procesie twórczym. 

czwartek, 19 kwietnia 2018

Nasza rockowa wyprawka dla maleństwa :)


Będąc w pierwszej ciąży i już później, po urodzeniu się mojego syna, nie miałam za bardzo jak zaopatrywać się w klimatyczne rzeczy dla niego. Było tego naprawdę niewiele - a jak było, to wyłącznie na rynku zagranicznym. Czasem na jakimś festiwalu można było nabyć czarną koszulkę dla maluszka, a w lumpeksie okazjonalnie pojedyncze body z czaszką, ale nic poza tym. No i nie istniał Aliexpress :D

Na szczęście dla nas - czasy się zmieniły i gdy się tylko chce, to można skompletować niemalże całą wyprawkę w klimacie alternatywnym. Nie jest to łatwe - wymaga naprawdę godzin spędzonych na wertowaniu Internetu. Nie jest to również tanie - albo płacimy za tantiemy zagranicznych marek, albo za ciężką pracę handmade'owców. Nasz polski rynek jest jednak coraz bogatszy w klimatyczne rzeczy dla maluszka, więc przedstawię Wam dzisiaj to, co udało mi się zdobyć dla Poli w sposób całkowicie ekonomiczny. Oczywiście wiem, że jest tego więcej, ale póki co, mamy wszystko, co niezbędne na początek - więc jeżeli coś będę nabywać to wtedy, gdy mała urośnie.

WÓZEK

Od wielu lat mówiłam sobie, że jak będę kiedykolwiek miała drugie dziecko, to chcę czarny wózek. Kiedy faktycznie doszło do zakupu, zwlekałam z tym jak tylko mogłam. Albo nie podobał mi się model, albo był za drogi, albo kółka nie takie. Straciłam już nadzieję i znalazłam piękny, beżowy wózeczek. Nawet byłam już umówiona na oglądanie. I wtedy na grupie lokalnej pojawiło się to:


Zdjęcie z aukcji - bo póki co bezpiecznie leżakuje złożony w naszej piwnicy.

Wiedziałam, że to nasz wózek. Był dokładnie taki, jak chciałam. Wystarczył rzut oka i byłam pewna, że chcę go mieć. Oględziny potwierdziły stan bardzo dobry, lekkie prowadzenie, więc nie zastanawiałam się dłużej. Kosztował nas 500 zł za zestaw 3w1.

Mam też w zestawie do wózka czarny śpiwór. Torbę - nie jest ona od kompletu, dostałam od przyjaciółki. Ma masę przegródek i można ją całkowicie rozłożyć tworząc z niej plenerowy przewijak.




POŚCIEL

Zestaw podstawowy kupiłam w kolorze ecru, bo tak nam będzie najbardziej pasowało w mieszkaniu. Za to zmianę do łóżeczka i wózka uszyła mi mama z materiału, który odkupiłam od znajomej z grupy za 40 zł za 5mb. Szukałam jeszcze materiałów w klimatyczne wzory w różnych pasmanteriach, sklepach, ale zazwyczaj były to resztki, kupony, które nie wystarczyły nawet na podusię.




MASKOTKI

Pewnie Pola nacieszy się nimi, jak będzie starsza, ale jak widać mamy już trójkę całkiem klimatycznych przyjaciół dla niej :) Jacuś znaleziony w SH, Nietoperka jest prezentem babyshowerowym, a Dyniaczka otrzymałam na święta od jednej z mam w glanach.




AKCESORIA

Odkupione od jednej z Was, oraz otrzymane w prezencie :)










UBRANKA

Jako, że pomimo moich próśb i tak dostałam od najbliższych morze ubranek, tych rockowych mam na początek naprawdę niewiele. Przedstawione tutaj ciuszki są głównie do roczku, pojedyncze sztuki w większym rozmiarze. Podobno moja chrzestna kupuje mi mroczne ubranka, jak tylko znajdzie je w SH, więc pewnie się tego trochę namnoży, ale na dzień dzisiejszy na Polę czekają takie skarby. Dojdą nam do tego na pewno czarne opaski, bandamki, apaszki, sukienki oraz bloomersy, które nabędę w swoim czasie :) Znajdziecie tutaj ubranka z second handu, spadek po Kubie, jak i nowe, kupione przeze mnie w I rock i 2Lee, lub otrzymane w prezencie. Oczywiście jednymi z cenniejszych są body w rozmiarze 56/62 z logo zespołu tatusia :) Jestem ciekawa, kto okaże się głośniejszym wokalistą - Robert czy Pola :D


































KARUZELKA NAD ŁÓŻECZKO

Coś, czego zdjęcia póki co nie mogę Wam pokazać, bo karuzelka się robi... :) Na stelażu z drugiej ręki powieszę hand-made'owe zabawki: Totoro, Harry'ego Pottera, Księżniczkę Leię, Nietoperza, oraz Jacka Skellingtona. Całość będzie wisiała pod czarnym daszkiem w białe gwiazdy. Obiecuję się nią pochwalić w późniejszym etapie.



CZEGO NIE MAM, A CO NABYĆ ZAMIERZAM
w późniejszym etapie:

- puzzle piankowe - udowodniono, że kontrasty służą rozwojowi wzroku małych dzieci, zatem za jakiś czas z pewnością nabędziemy takie puzzle. Mieliśmy już pastelowe cyferki, tym razem wybrałam coś szalonego:
Allegro.pl


- kolejne akcesoria z Rock Star Baby. Mój starszy syn oszalał na punkcie czarnej kaczuchy kąpielowej i nie wyobraża sobie innej opcji, jak zakupienie jej dla młodszej siostry. Podobnie z nocnikiem tej firmy - zobaczymy za jakiś rok, jak będziemy myśleć o odpieluchowaniu, teraz byłby to zakup na wyrost, a cena niemała. Najkorzystniej kupicie je na allegro, ale tam jest ograniczony wybór, generalnie warto pogooglać i wyszukać najkorzystniejszą dla Was ofertę.



 z: www.rockstarbaby-onlineshop.com


- książeczka sensoryczna - tę zamówię pewnie z okazji roczku lub świąt. Bardzo podobają mi się takie książeczki, tylko nasza będzie pełna duszków, nietoperzy, pająków, czarownic, gitar i wszystkiego, co klimatyczne i rockowe.

Nie znalazłam ciekawej książeczki sensorycznej, która pasowałaby jako zdjęcie poglądowe. Ale może dobrze, że póki co taka istnieje tylko w mojej głowie :D

- kocyk w czaszki - ten zamierzam sama zrobić. Nienajlepiej mi to idzie, bo choć potrafię robić na drutach, to chyba brakuje mi cierpliwości.


Zdjęcie przykładowe - Cookie Empire Kid

Nie próbujemy na siłę mieć wszystkiego w czerni. Pola jak każdy dzidziuś będzie korzystała z typowych niemowlęcych, kolorowych akcesoriów i ubranek. Stanowczo unikamy jednak różu - występuje on jedynie jako lamówka ubranek, czy akcent na śpioszkach przeznaczonych na codzienne zasiusianie. Wyjątkiem są body Lord Princess, które jako nerdowski żart nie mogą nie być z różowym nadrukiem! :P

Bardzo chętnie zobaczę Wasze rockowe zdobycze dla dzieci :) Pamiętajcie, że to wszystko, co jest w klimatach alternatywnych, a z czego Wasze Potwory wyrosły, możecie odsprzedać na naszej grupie [KLIK]