wtorek, 26 maja 2015

Dzień Mamy :)


Kolejny Dzień Mamy, który obchodzę. Przyznam, że z roku na rok staje się on coraz słodszym dniem :) Nie, żeby synek szczędził mi laurek czy czułości na co dzień, co to to nie :) Jednak widzę, jak bardzo się stara, aby dzisiaj wszystko było idealne :)

Pokażę Wam prezent, który ucieszył mnie najbardziej :)




Tłumaczenie z Jakubowego na nasze: "Kochana Mamo, życzę Ci, żebyś była zawsze taka uśmiechnięta" :) Napisał to zupełnie sam w wielkiej tajemnicy, bardzo się starał :)


W przedszkolu Trolla rozmawiano wczoraj o mamach. Oto, co powiedział o mnie mój syn:

"Moja mama ma pomarańczowe włosy, nosi czarne ubrania i lubi kolor czarny. Jest metalką. Zawsze mi pomaga przechodzić nocny poziom w "Roślinki kontra Zombie". Jest wesoła i najbardziej lubimy się razem kiziać (przytulać i całować)."


To bardzo miły dzień, pomimo stresującego poranka. Mam nadzieję, że i Wy macie udane Święto Mam :) Życzę Wam wszystkim, abyście pozostały sobą w swoim macierzyństwie. Pokażcie dzieciom swoje pasje, niech widzą, że świat jest piękny! Bądźcie silne, pewne siebie. Obyście zawsze były zdrowe i szczęśliwe, by dbać o swoje pociechy!



Nie ma to jak wykulać się w piachu z mamą ;]
Z niedzieli :)
[Ragana straszy licem no make up :P]



piątek, 22 maja 2015

Gdy rodzice mają kłopoty.


Ostatnie tygodnie mojego życia można opisać staropolskim powiedzeniem: "Jak nie urok, to sr... przemarsz wojsk". Kiedy układa się w jednej sferze, to wali na całego w drugiej - normalka. W związku z tym ciekawa jestem waszego zdania na temat: Czy powinniśmy mówić dzieciom o naszych problemach?


Pierwsza myśl - nie. Bo po co. Nasze problemy są tylko nasze i nie powinniśmy dzieciom zawracać głowy. Nie wolno zrzucać na nie ciężaru pewnych spraw, żeby mogły być szczęśliwe i beztroskie. I w zasadzie tak zazwyczaj robię. 


Czasami dorośli zapominają, jak dzieci potrafią być spostrzegawcze. Same doskonale wiedzą, że coś nie gra, że coś jest nie tak. Skoro zapytają - chyba nie powinniśmy ich zbywać. Jakkolwiek małe by nie były, powiedzenie "Mamusia ma kilka dorosłych kłopotów, ale nie musisz się martwić, raz dwa sobie z nim poradzę" jest chyba lepsze od kłamstwa "NIC się nie dzieje", jak dziecko ewidentnie widzi, że jednak się dzieje. 


Dzieci znają nas, rodziców, lepiej niż nam się wydaje. Czasami przytulenie, buziak znienacka, czy obrazek to reakcja na to co widzą - na zmartwione twarze najbliższych. Nagle okazuje się, że wiedzą o sprawie, o której myśleliśmy, że nie wiedzą i z rozbrajającą szczerością stwierdzają "Wierzę, że wygrasz mamusiu, a ta zła Pani przegra". 




Zaskoczyło mnie to, jak doskonałym obserwatorem jest mój synek, jak łatwo zauważył CO jest nie tak... i jak łatwo mnie pocieszył. To nic, że z błędem ortograficznym :) Napisał zupełnie sam, że kocha.


Postanowiłam, że nie będę ukrywała, że mam problemy przed moim dzieckiem. Oczywiście nie zamierzam opowiadać na czym polegają, ale przyznać się bez bicia: tak, są. Może to nieco zdegraduje moją pozycję... Ale zamiast niezniszczalną mamą super bohaterką, wolę być mamą człowiekiem.


wtorek, 12 maja 2015

Jak przekonać rodziców do zmiany stylu na gotycki/metalowy/alternatywny?


Dzisiaj będzie notka z cyklu Mama w Glanach się wymądrza i radzi młodemu pokoleniu metalowców, jak przekonać rodziców do zmiany stylu. Hm...

Nie wiem, czy dobrą metodą jest robienie z dnia na dzień epickiego "kaming autu". Mam na myśli - jednego dnia idę do szkoły w sukience w kwiatki, a drugiego full goth - stylizacja rodem z Castle Party :P Można tym przysłużyć się o klasyczne "Tak z domu nie wyjdziesz!", "Zmyj ten makijaż!", "Pozdejmuj te obroże!". No bo taka reakcja to szok, nie ma się co oszukiwać, zwłaszcza, jak rodzicom styl alternatywny jest obcy.

Pamiętaj! Gorset czy glany nie zrobią z Ciebie gota/metala, jeżeli nie będziesz tego czuć w środku. Jeżeli jednak jesteś przekonany, że to jest Twoje miejsce, Twój azyl, możesz powoli i stopniowo to uzewnętrzniać.

Jak to było ze mną? Otóż mając lat... 12 zafiksowałam na punkcie Evanescence (no coooo :P). W mojej rodzinie, otoczeniu, ba! w moim mieście nie było NIKOGO z tych klimatów. Nikt nigdy nie pokazał mi "ciemnej strony mocy" - to wszystko samo we mnie dojrzewało. Nikt nie pokazał mi muzyki, ubiorów, bo kto wówczas miał internet w domu? Ba! Niewielu miało komputer! Siedziało się i wyczekiwało "30 ton" (to taka rzetelna lista przebojów, której już nie emitują :() i tak poznałam Evanescence, Apocalyptice, Metallice, Linkin Park. Z początku nie podobał mi się growl. Ale kochałam gitary tak mocno, jak smyczki. Pojęcia nie miałam, że istnieje coś jak metal symfoniczny czy cello rock. Pomalutku zdobywałam płyty, nagrywałam piosenki z radia na kasetę, na mp3 koleżanki pełnej techno zawieruszył się Nightwish... Powoli porzucałam pop dla prawdziwej muzyki.

A ubiór? Cóż. To musiało jeszcze poczekać. Do 16go roku życia byłam blondynką z pasemkami ubierającą się na różowo. Uwierzylibyście? ;) Ale jak się pochodzi z małego miasteczka, od zawsze ma się przypiętą konkretną łatkę. Chciałam wymienić całą garderobę na czarną, ale a) nie miałam odwagi, b) nie miałam pieniędzy. Kiedy poszłam do liceum dotarło do mnie, że teraz nikt mnie nie zna, że wreszcie mogę być kim chcę. Zaczęłam od czarnych bluzek i dżinsów. Następnie namówiłam mamę na pierwszą długą, czarną spódnicę. Później na pierwsze glany (mam je do teraz). Kompletowałam biżuterię, ciuchy. Moim symbolem rozpoznawczym były jednak zawsze glany, czarny lakier na paznokciach i mocny, czarny makijaż oczu. Pisałam to już dziesiątki razy, ale moje liceum było mega tolerancyjne i nikt nam nie zwracał uwagi. Kiedy pewnego dnia przyszłam do szkoły w niebieskich włosach, też nikt nic mi nie powiedział (dobrze, że nie mam zdjęć z tego okresu :D). I tak doszłam do stylu, który mam teraz. A rodzice? Mama wiedziała, jakiej słucham muzyki, no nie dało się nie słyszeć mówiąc szczerze :) Ale niektóre utwory WT czy Epiki sama polubiła. Pokazywałam jej sukienki dziewczyn z CP, piękne gorsety (w Polsce wówczas istniał jedynie RMS a tam ceny były chore). Też się jej podobały. Uznała, że nie będzie się wtrącać i mogłam się ubierać jak chciałam. 

Wy musicie pamiętać o kilku sprawach. Przede wszystkim UDOWODNIĆ - nie obiecać, a udowodnić, że Wasz nowy styl ubierania nie wpłynie na wasze oceny czy obowiązki. Wielu rodziców tego właśnie się boi. Zatem - nie ma zmiłuj, zakuwamy! Ten argument potrzebny będzie też w szkole, która może się czepiać. Jeżeli oceny się nie zmienią, a może i nawet poprawią, to nawet najbardziej złośliwi nauczyciele nieco odpuszczą. W razie wezwania rodziców i próbach wymuszenia zmiany wizerunku - pamiętajcie, nikt nie ma takiego prawa, o ile w regulaminie szkoły nie jest zapisany zakaz makijażu, określony strój, itp.

Po drugie - największym chyba lękiem jest to, że skoro się zmieniacie, to pewnie za tym stoi jakieś szemrane towarzystwo, sekta, alkoholicy i ćpuni. Ja wiem, że tak nie jest, Wy to wiecie, co za problem zaprosić znajomych i pokazać, że tak naprawdę wciąż jesteście tymi samymi nastolatkami, niezależnie od ubioru. Pograjcie razem w Twista (pamiętajcie przedtem zdjąć gorset :P) czy na konsoli, albo w planszówki; obejrzyjcie film, zróbcie naleśniki... Cokolwiek, byle razem. Normalka. 

Po trzecie - w kwestii ubioru naprawdę nie ma co przesadzać. Wiem, że inspirujecie się (dziewczyny zwłaszcza) zdjęciami z Castle Party, sesjami pięknie wystylizowanych modelek. Pamiętajcie - one nie chodzą tak na co dzień! Większość z tych pięknych outfitów to tylko stylizacje imprezowe, sesyjne. No okej, ja też mam zdjęcia w sukni na krynolinie, ale chyba nie sądzicie, że biegam tak po ziemniaki do sklepu? ;) Trzeba wypracować sobie swój look codzienny i imprezowy - różnią się one nawet u najbardziej purystycznych gotek, wierzcie mi :) To samo dotyczy makijażu ;) 

Ja z Adą (pomagającą mi pisać tu  niektóre notki) w Poznaniu.
Adrianna broniła się wtedy i miałyśmy okazję włożyć nasze suknie, będące za razem żywym obrazem tematu jej pracy.
 Jej nadawała się do tego bardziej niż moja.
Nie, nie chodzę tak na co dzień ;)


Te same panie w warszawskim ZOO :P
Mniej oficjalny strój, bardziej codzienny. Różnica widoczna gołym okiem ;)


Ach i uważajcie na symbolikę. Czasami może zostać źle odebrana, może obrażać czyjeś uczucia, dlatego warto wcześniej sprawdzić co oznacza dany wisiorek, który zamierzacie powiesić na szyi. 

Na dobrą sprawę trzeba pogadać, uargumentować Waszą fascynację i chęć wyrażania siebie poprzez ubiór. Jeżeli kręci Was np. victorian goth - możecie pokazać zdjęcia kobiet z II dekady XIX wieku - na dobrą sprawę to jest źródło mojej osobistej fascynacji i poprzez ubiór mam okazję "cofnąć się w czasie". Wy na pewno macie swoje własne inspiracje. 

Pamiętajcie, żeby w tym morzu możliwości odnaleźć samego siebie, bo kopia - nawet najlepsza - zawsze jest tylko kopią. Wasz wygląd ma być Waszym odbiciem, niech rodzice to zauważą, bo "chcę wyglądać jak ona" jest najsłabszym argumentem, wierzcie mi. Ta fascynacja może Wam przejść. Możecie zmieniać zdanie tysiąc razy, ale macie do tego prawo! Młodość jest tylko jedna. Chłopaki! Jak mama marudzi, że zapuszczacie włosy - zajrzyjcie do starych zdjęć w albumie rodzinnym ;] w latach końcu lat 70tych mało kto nie miał długich włosów - nawet mój ojciec, zagorzały antyfan metalu nosił długie pióra, może i Wy odnajdziecie w rodzinie kogoś, kto w młodości miał podobny pomysł - będzie wówczas łatwiej o argumentację. 

Przede wszystkim warto pokazać, że żaden strój, makijaż czy wisiorek nie zmieniają Was, jako człowieka na gorsze. Można powiedzieć, że właśnie taki wizerunek pomaga Wam zwalczyć nieśmiałość, kompleksy. I koniecznie powiedzcie, że liczycie na ich wsparcie. Jeżeli usłyszałabym to od mojego syna, to choćbym miała odruch wymiotny na jego styl ubierania się, nie pozwoliłabym nikomu mu dokuczać. 

Może zdarzyć się tak, że część znajomych się odwróci, albo będzie chciało się z Wami kumplować tylko, jak nikt nie widzi. A olać takich znajomych, będą nowi, fajniejsi, tolerancyjni!

Droga młodzieży. Ogarnijcie przede wszystkim fakt, że Wasi rodzice widzą w Was dzieci, nad którymi przez ostatnie naście lat chuchali i dmuchali. Rodzice tak mają i koniec, nic tego nie zmieni. Wy widzicie to jako przesadę i krzyczycie "przecież mam już PRAWIE 18 lat!". No i spoko, taka jest kolej rzeczy. Ale Wy w swoich oczach dorastacie szybciej, niż w oczach rodziców. Oni wiedzą, że możecie jeszcze zrobić masę głupot, że będziecie mieli swoje wybryki i nie łatwo pogodzić im się z tym, że muszą dać Wam okazję do popełniania Waszych własnych błędów. Odpuśćcie im czasami, bo nie chcą źle. Ja też zrozumiałam to dopiero niedawno.

A Wy jak sobie poradziliście z nakłonieniem rodziców? Łatwo poszło, czy byli zbyt apodyktyczni? Może macie jakieś rady, lub przeciwwskazania dla młodszego pokolenia? ;)


niedziela, 3 maja 2015

Chustonoszenie oczami doradcy noszenia - Agaty Rokosz



Wielokrotnie prosiłyście mnie o notkę na temat chust, chustonoszenia. Nie mogłam jej dla Was napisać, gdyż jestem totalnym laikiem w tym temacie. Los jednak chciał, że na mój blog trafiła Agata - ekspertka w tym temacie i po wymianie wiadomości zaoferowała swoją pomoc. NARESZCIE! - pomyślała Ragana i z radością udostępniła swój kawałek internetu mądrzejszej koleżance.

Agata jest chustomamą, doradcą noszenia, która wraz z mężem nie stroni od wyzwań - podróżują, wspinają się wraz z dzieckiem, wyznają ideę rodzicielstwa bliskości :)



Noszenie dziecka w chuście to nie jakaś fanaberia szalonych mamusiek, to nie żadna nowość i trend. To absolutnie naturalny i oczywisty sposób bycia z dzieckiem. W wielu kulturach na świecie dzieci nosi się do pracy, nosi się je wszędzie – jest to najbardziej normalny, często jedyny sposób przemieszczania się z maleństwem.




W brzuchu mamy jest ciepło, ciemno i nigdy nie odczuwa się głodu. Mały człowiek jest otoczony wodami płodowymi i ciasno przytulony do ścian swojego mikro domu pod sercem. Słyszy szum krwi, bicie serca i bulgotanie brzucha. Przez dziewięć miesięcy jest permanentnie przytulony i noszony.

Przychodzi na świat kompletnie niegotowy na to, co go czeka. Nagle ze wszystkich stron atakują go głośne dźwięki, ostre światło, grawitacja. Nie wie co robić z kończynami – wokół niego jest nieskończona przestrzeń. Nie bez przyczyny o noworodkach mawia się czasem brutalnie – zewnętrzny płód. Gdyby tylko pozwalała na to fizjologia ciała kobiety, maleństwa z pewnością spędziłby więcej czasu połączone pępowiną z osobą, która jest im najbliższa.

Wydawać by się mogło, że noszenia dziecka przy sobie, pozwalające powrócić maleństwu do czasów POD SERCEM jest oczywistym wyborem dla ludzi, którzy chcą najlepiej, dla tak bezbronnej istoty jak noworodek.

Tymczasem współczesny obraz rodzicielstwa każe nam przygotować dla dziecka super nowoczesny pojazd, łóżeczko obwarowane elektroniką. No i broń Boże nie nosić! Bo się przyzwyczai...




Otóż – nie przyzwyczai się. Bam! Już za późno! Już się przyzwyczaiło ;)  Jego podstawową potrzebą, poza jedzeniem oczywiście, jest potrzeba bliskości. Można ją realizować na wiele sposobów, ale noszenie daje nam dodatkowe plusy. Mamy dziecię najbliżej jak się da, dajemy mu stymulację, poczucie bezpieczeństwa rozwijamy jego mózg (bodźcujemy, kołyszemy, co wpływa na rozwój mowy, wspieramy koordynację oko – ucho) i równocześnie zyskujemy swoje dwie ręce. Możemy nimi wykonać szereg zapomnianych przez nas czynności, takich jak mycie podłogi, odkurzanie (o słodkie rodzicielstwo ;). No dobra – kawę tez wypijemy.

To ważne też dla ojców. Daje im bowiem szanse na wypracowanie swoich „sposobów“ na dziecko, pozwala  budować relację z własnym potomkiem już na samym początku wspólnej drogi. 

Co poza bliskością i całym dobrym z niej płynącym ważne było dla mnie? Noszenie pozwoliło mi odzyskać wolność. Pozwoliło mi na bycie mamą i bycie sobą. Mnie i mężowi ułatwiło realizowanie naszych pasji – jesteśmy wspinaczami i nasze wyjazdy raczej dalekie są od wybrukowanych chodników i równych ścieżek. 

Noszenie dało mi pewność siebie i pozwoliło pozbyć się poporodowej depry. Nagle – kiedy pierwszy raz w życiu zamotałam Janka, poczułam spokój jego oddechu, uświadomiłam sobie, że nie będzie dwa razy tych chwil, że tylko teraz mogę być z nim tak blisko. I że ta jego potrzeba już się nie powtórzy. To w jaki sposób zadbam o jej realizację teraz zaważy na całym jego życiu.



Na moim też zaważyło. Zostałam doradcą noszenia dzieci w chustach i nosidłach miękkich. Bo wiem, że tą dobrą, bliskościową nowinę trzeba krzewić, ale nie zapominając o bezpieczeństwie dziecka. Chusta wspiera jego rozwój motoryczny - oczywiście, ale tylko wtedy jeśli jest zamotana prawidłowo. Ważny jest też wybór odpowiedniej chusty. A gatunków jest mnóstwo.  Warto więc, zanim zdecydujemy się na motanie, umówić z kimś, kto ma o tym pojęcie.

Wyprzedzając pytania czytelników Mamy w glanach – tak!  Są chusty w czachy :). Ilość wzorów i kolorów chust jest tak ogromna, że mniej zdecydowanym uniemożliwia wybór.

Na początek warto jednak odpuścić szaleństwa i zainwestować w chustę tkaną splotem skośno – krzyżowym, w paski, z oznaczonym środkiem i różnokolorowymi krawędziami. Jak dojdzie się do wprawy to śmiało – można szaleć.

Na koniec ostrzeżenie – więź i bliskość, którą daje nam noszenie, wolność i poczucie, że robimy co dla dziecka najlepsze, wreszcie piękno chust i ich dobór do garderoby rodziców - uzależnia. Chustonoszenie grozi wielodzietnością!


Dla czytelników Mamy w Glanach
- Agata Rokosz
Doradca Noszenia
502 113 369
podsercem.wordpress.com
FB - Agata Rokosz Doradca noszenia