środa, 10 lutego 2016

Dziecięcy Savoir-Vivre


Może i jestem trochę szurnięta, ale jak się człowiek od czasu do czasu bawi w XIX wiek w XXI-szym, to tzw. ogłada, dobre zachowanie stają się częścią codzienności i czymś, co życzyłabym sobie widzieć jako coś normalnego. 

Savoir vivre. Taki podstawowy, dnia codziennego. Kiedy uczyć go dzieci? Od samego początku? Czy lepiej poczekać kilka lat, bo i tak może nie zrozumieć?

Ja osobiście jestem zdania, że warto próbować od samego początku. Już nawet dopiero zaczynające mówić dziecko potrafi zrozumieć, że "Daj!" a "Poproszę" znaczy to samo, a jednak "Posie" jest grzeczniejsze. Nie ma co cisnąć, jednosylabowe wyrazy dzieciaczki zapamiętują szybciej, ale można dać przykład, rozwijając w ten sposób rozwój słownictwa.

Starałam się uczyć takich słówek małego jeszcze wówczas Jakuba. I chyba mi się udawało, bo słyszałam od rodziny ex męża pochwały za to (a to była rzadkość na skalę światową :P), że "posie" i "pasiamniam" (przepraszam) Kubuś zawsze mówi. Na rozpoczęciu roku w przedszkolu, czteroletni wówczas Bubu SAM! podszedł do obcej mu pani nauczycielki i z powagą spytał: "Pseplasam, cy mogłaby mi pani pokazać, gdzie znajdę kos na śmieci?", a następnie z zadowoleniem wyrzucił zasmarkaną chusteczkę do kosza. Słuchałam później przez tydzień od ludzi ze wsi o tym, jaki ten nasz Kubuś dobrze wychowany. 

Im starszy, im więcej miał kolegów, tym więcej "braku wychowania" przejawiał. Zdarzyło mu się beknąć i nie przeprosić, dłubać w nosie itp. Szlag mnie trafiał na takie zachowanie, bo owszem, maluszkowi można jak najbardziej wybaczyć odbicia, czy głośne bączki spod pampersa. Ale dzieci 5cio letnie, powinny być nauczone, że należy bezwzględnie przepraszać jak już się zdarzy, no i zachowywać się odpowiednio. Zwłaszcza w miejscach publicznych.

Siedzieliśmy sobie ostatnio w knajpce w Zakopanem. Dwa stoliki od nas usiadła rodzina z dwójką synów - nastolatkiem i - na oko - 9cio latkiem. Musiał  być starszy od Jakuba, bo czytał menu na głos lepiej od mojego Młodego. Tylko co z tego, jak krzyczał w niebogłosy (chyba cała sala słyszała), że on chce sok jabłkowy, po którym głośno bekał, śmiał się... Może innym ludziom to nie przeszkadzało, ale mnie osobiście tak. Jestem nauczona jeść w spokoju, mówić w takich miejscach normalnie a nie drzeć się na cały zycher. Głośne publiczne bekanie jest czymś absolutnie niedopuszczalnym. 

Może naprawdę przesadzam, może jestem trochę ĄĘ przez bibułkę, ale uważam, że powinnam wychować swoje dziecko na kulturalnego człowieka, a nie na chama i prostaka, który filozofię życia czerpie z tekstów disco-polo. I że dziecko powyżej 5ciu lat  naprawdę potrafi się dobrze zachowywać. Ale trzeba też dać przykład, wytłumaczyć trochę wcześniej zasady obowiązujące w restauracji, czy w ogóle przy stole. 

Wiecie, to naprawdę nie chodzi o to, żeby dzieci pomykały w spodenkach na kancik, nienagannie uczesane i zamiast się bawić - "wyglądały". Niech się bawią, szaleją, brudzą i łobuzują, ale niech znają powszechnie obowiązujące w społeczeństwie zasady. 

Pokażmy dzieciom, że kultura osobista procentuje. Maluchy z nas właśnie biorą przykład i to na nas spada odpowiedzialność za ich zachowanie. A jakie Wy macie podejście do tematu? Piszcie koniecznie!