czwartek, 9 lutego 2017

"Jaki był mój poród? Nudny, cały przespałam!"


Najmniejsza mama w blogosferze zainspirowała mnie do napisania tego posta. Ona też jest autorką tekstu z tytułu - Pani Miniaturowa podobnie jak ja, spała sobie w najlepsze, kiedy na świat wychodziły (a raczej były z nas wyjmowane) nasze dzieci.

W sumie nigdzie nie zapisałam wspomnień z tego wydarzenia. Na starym fotoblogu, jakiś tydzień po opuszczeniu szpitala napisałam co prawda rzewną notkę dołączając pierwsze zdjęcie mojego syna, ale wtedy byłam tak odurzona hormonami, że dzisiaj czytać o tych słodkopierdzących i metafizycznych doznaniach nie mogę. Wy też nie musicie czytać poniższej relacji - nie każdy lubi. Piszę to chyba bardziej dla siebie :)

Dzisiaj z kolei brzuch mnie tak boli, że dla porównania przychodzą mi na myśl jedynie skurcze porodowe - wykorzystując zatem niezdolność do nauki (coś czuję, że kronikarz Długosz się na mnie za to zemści na teście poprawkowym z historii literatury) cofam się w czasie o 2882 dni...

Noc, szpital, marzec 2009.
Siedzę tu od prawie 2 dni, bo już po terminie, a mały leń ze środka ani myśli wyłazić. Ważę 53 kg, koleżanki z sali zazdroszczą braku rozstępów. Próbuję zasnąć. Ale coś cholera, nie mogę, bo boli tak, jak podczas najkoszmarniejszych okresów. No ale to normalne. Tylko, że boli jak w zegarku co 11 minut. Well, potuptałam do dyżurki, gdzie otrzymałam ligninę i zalecenie, żeby obserwować w kibelku, czy nie odkleił się czop. Odkleił się 3 godziny później. Skurcze ani nie robiły się częstsze, ani nie bolały bardziej, nic nie do zniesienia. Przereklamowane. Skąd mam wiedzieć, czy odeszły mi wody? Nie odeszły. Uf. Więc to jeszcze nie teraz.

Kilka godzin później.
Okeeej, zmiana daty, mamy pierwszy dzień wiosny. Mamy też skurcze co 4ry minuty. Zawsze myślałam, że to tylko w filmach jest tak, że skurcze są regularne. A tu mogłabym sobie jajko na miękko ugotować sugerując się jedynie odstępami między jednym a drugim ;]

Dobra, boli. Boli w cholerę. Napierdziela. Ból wzbudza we mnie złość, już nie mogę się doczekać, aż będzie po wszystkim. Poranne KTG, obchód badania. TAK SERIO BOLI TAK MOCNO. Przechodzę do gabinetu i po raz pierdyliardowy siadam na fotelu. Już mnie nie rusza wpatrywanie się między moje nogi - zobojętniało mi to zupełnie. Mierzą i mierzą, a tam rozwarcie 8cm. Oho, zapraszamy na porodówkę.

Leżę tam około 1,5 godziny, boli, usg, BOLI, a Młody ani wte, ani wewte. Wówczas jeszcze nie wiem, że to Młody. Wiem, że gdzieś tam na korytarzu jest moja mama, siostra i przyszły ojciec, który przejęty dzwoni do mnie na salę i pyta jak się czuję. JAK SIĘ CZUJĘ. A JAK MAM SIĘ CZUĆ. Nigdy nie zadawaj tego pytania kobiecie, która rodzi. Zakazałam do mnie dzwonić, bo wkurzało mnie to jeszcze bardziej, niż brak postępu i własna słabość. Zależność i zdanie na łaskę personelu. Zaglądali tak w sumie co 20 minut, a później, kiedy zauważyli, że nidyrydy, Dzieć się nigdzie z brzucha nie wybiera, zaczęli się krzątać. Usłyszałam coś o niewspółmierności i zadawano mi jakieś dziwne pytania do ankiety przedoperacyjnej. Nawet nie wiem, czy odpowiadałam zgodnie z prawdą, bo odpływałam. Mdlałam. To można porównać to skrajnego upicia się, urywa się film i coś tam bełkoczecie, ale nie macie nad tym kontroli.

Potem czułam, że mnie przenoszą, że jadę, że każą oddychać głęboko. Dostałam tlen, trzy wdechy najbardziej zajebistym i czystym powietrzem, jakie kiedykolwiek czułam, a tuż po nim dziwny, chemiczny zapach narkozy.


Pierwsze zdjęcie Jakuba :)

Obudziłam się mamą
Cucili mnie przez około 2 godziny. Pamiętam, że w majakach ktoś powiedział, że urodziłam synka i ja kazałam NATYCHMIAST mi go oddać. Odzyskałam pełną przytomność dopiero około 14tej i dostałam moje maleństwo - mogłam go sobie dokładnie obejrzeć, przytulić, powąchać, wycałować. Leniu zwany dalej Jakubem szybko otworzył oczy, nie był zbyt spuchnięty i cięższy o kilogram w porównaniu do szacunku lekarzy. Osikał kogoś na dzień dobry tuż po wyjęciu z brzucha. Kto zabroni? ;>

Cieszę się, że nie byłam przytomna podczas CC - chyba świadomość umysłowa i oczekiwanie byłyby dla mnie trudniejsze, chociaż oczywiście żałuję, że nie widziałam pierwszych sekund życia mojego syna. Czułam zaufanie do lekarzy i położnych opiekujących się mną, obyło się bez spektakularnych akcji. Cóż, później się dowiedziałam, że istniało zagrożenie iż Kuba utknie mi w miednicy i oboje tego nie przetrwamy. I że każdy kolejny poród musi być rozwiązywany przez CC.

Tak sobie myślę teraz po spisaniu tego wszystkiego, że pamiętam o wiele więcej, niż myślałam. Chociaż minęło prawie 8 lat... Kto by się spodziewał. 
Opiszcie proszę swoje wspomnienia w komentarzach :)