czwartek, 26 września 2013

Efekt... Rammstein'a? O 'alternatywnych' kołysankach słów kilka :)


No właśnie. Każda mama słyszała o „efekcie Mozarta”. Naukowcy spierają się co do prawdziwości tego zjawiska. Ponoć od słuchania muzyki Mozarta podczas ciąży i w okresie niemowlęcym, inteligencja maluchów rozwija się w zabójczym tempie. Małe dzieci już w łonie matki uczą się rozpoznawania określonych dźwięków i są w stanie rozpoznać głos mamy, rytm bicia jej serca, a także głosy osób z najbliższego otoczenia mamusi. Te nasze małe fasolki, noworodki czy bobasy to prawdziwi geniusze tak czy siak. No powiedzcie sami – w ciągu dwóch-trzech pierwszych lat trzeba nauczyć się chodzić, porozumiewać, bawić, rozpoznawać kolory, zwierzątka, jeść samodzielnie i załapać o co kaman z tym nocnikiem. Czyż to nie genialne, że sobie z tym radzą?

Dzieci już od początku istnienia chłoną wiedzę o świecie zewnętrznym. Ogromne znaczenie mają dla nich dźwięki – dlatego maluchy po urodzeniu rozpoznają także muzykę, której słuchała mamusia. I to nie koniecznie chodzi o Mozarta (chociaż ja osobiście ubóstwiam „Requiem”). Chodzi o to, by malec mógł razem z mamą czuć radość ze słuchania ulubionych kawałków. Słuchanie muzyki sprawia nam ogromną przyjemność, relaksuje, budzi miłe wspomnienia. W ten sposób określona melodia zaczyna się maleństwu kojarzyć z czymś miłym – z radosną mamusią. Ale fasolek czasem ma swój własny gust – na moim przykładzie: kocham symfoniczny metal, koi mnie i uspokaja, tak samo działało na mego maluszka. Jednak czasem kopaniem dawał znać, że ma ochotę na Rammstein’a, za którym jakoś wybitnie nie szaleję, ale ta rytmika odpowiadała mojemu brzuszkowi. Również się przy tym uspokajał. Podobnie przy „The art of war” Sabatonu. Po urodzeniu takie rytmiczne utwory jak „Du Hast” czy wspomniane wcześniej „The art of war” sprawiały, że niespokojny maluch wnet zasypiał. Nie bombardowałam jego słuchu, spokojnie. Muzyka zawsze leciała gdzieś w tle, cichutko. Mój malec z biegiem miesięcy upodobał sobie Huntera (ku radości taty), Epicę (ku radości mamy). Zasypiał przy „Nothing Else Matters” – zarówno w wykonaniu Metallici jak i coverze Apocalyptici. Polubił „Jolka Jolka” Budki Suflera. „Memory” z Kotów, oraz „Zombie” The Cranberries. Te utwory zapamiętał jako synonim ciepła, bezpieczeństwa, cieplusiej kołderki i całusów mamy.

Przyszła pora na śpiewane klasyki dla dzieci. I choć mama śpiewać na pewno nie potrafi, trzeba było nucić „Był sobie król”, „Na Wojtusia”, „Laleczka z saskiej porcelany”, czy „Ta Dorotka”. Dzieciątku na szczęście nie robi różnicy jak śpiewamy, chodzi tu raczej o czułość i bliskość. Dopóki mama śpiewa bez wyczuwalnego stresu  w głosie, dziecko będzie czuło się komfortowo.
Poniżej macie link, w którym fajnie jest opisany wpływ kołysanek na maluszka.


Również takie alternatywne kołysanki mają sens – istnieje bowiem duża szansa, że kiedy w wieku nastoletnim „odkryje” te utwory, które siedzą w podświadomości od zawsze, będzie czuło, że to coś dobrego. Bezpiecznego. Coś, co poprawi mu nastrój, ukoi, skojarzy się z czymś miłym. Będzie dobrym wspomnieniem.   A to dobry krok do tego, by w przyszłości odnalazło się w świecie, który mu pokazujemy. To oczywiście nie jest żadna reguła. Jednak czy to nie przyjemne zaopatrzyć swoje dziecię w taki bagaż sentymentu? :)

A Wy, jakie kołysanki nuciliście/nucicie  swoim dzieciom?