wtorek, 10 lipca 2018

Celebracja czwartego trymestru.


Pierwsze trzy miesiące z życia dziecka bywają określane mianem "czwartego trymestru ciąży". Pewnie jako oczytani rodzice spotkaliście się już z tym terminem. Przy pierwszym dziecku ta teoria była mi kompletnie obca - wychowywałam wszak Pierworodnego na bazie wiedzy mam i babć, która to do najnowszych nie należała. Pokutowało wtedy przekonanie, żeby nie nosić, bo się przyzwyczai. Uspokoić, ukoić, jednak bez przesady, raczej odkładać możliwie od razu. Wtedy też ludzie jakoś mniej zdawali sobie z psychicznych potrzeb takiego maluszka, priorytetem było nakarmienie, zmiana pieluszki i ewentualne ulżenie w bólu.

 


Obecnie patrzy się na to nieco inaczej. Noworodek przeżywa ogromny stres spowodowany zmianą otoczenia, więc naturalne jest, że potrzebuje być blisko, przytulić się dla samego faktu poczucia ciepła, zapachu mamy czy bicia jej serca.

Ja również zmieniłam to podejście. Kiedy Pola płacze pomimo iż wszystkie jej potrzeby zostały spełnione, biorę ją na ręce, bujam, tulę. Często zasypia na mnie brzuszkiem do brzuszka i pozwalam jej tak spać, jeżeli nie mam nic pilnego do zrobienia. A odkąd starszy syn jest na wakacjach u babci, jakoś nic pilniejszego nie zaprząta mi głowy i mogę poświęcić jej 100 procent uwagi. Całuję maleńką główkę, miziam plecki, śpiewam jej i rozmawiam. I odkąd noszę ją w chuście, nawet ból kręgosłupa nieszczególnie mi w tym przeszkadza. Sprawia mi to niezwykłą przyjemność bo wiem, że ta chwila uleci i mogę już nie mieć drugiej takiej okazji. Jest to potrzebne tak samo jej, jak i mnie; wierzę, że to dobre i zaowocuje w przyszłości :)



Często słyszałam, że karmienie butelką sprawi, że pozbawię nas niezwykłej więzi. Większej bzdury nie ma - i niech mamy debiutantki będą spokojne - dzieci karmione butelką mają również cudowną więź z rodzicami. Polek wpatruje się we mnie tymi swoimi niebieskimi oczkami, jakby pytała o milion spraw (albo jakby wyrzucała, że robiłam to mleko o całe sekundy za długo! :P) Uwielbiam te chwile.

Oczywiście, czasem ręce mi więdną a blizna wciąż ciągnie. Muszę odpoczywać, wówczas malucha przejmuje tata. Lubię jednak to, że płacz córeczki mnie nie frustruje - a przyznam, że bałam się tego najbardziej, nie pamiętałam jak to jest, a zmęczona potrafię być naprawdę zołzowata. 
Na szczęście mam w sobie o wiele więcej cierpliwości, niż przed rokiem. Przypominam sobie, jak podobnie tuliłam małego synka i opowiadałam mu o tym, co za oknem. Wtedy jednak nie do końca rozumiałam i nie zawsze umiałam się wsłuchać w jego potrzebę bliskości. Strasznie tego teraz żałuję i mam nadzieję nadrobić to w inny sposób. Oby mi się to udało :)